Na peronie

Mam problem związany z polityką. Coraz bardziej denerwuje, mierzi i wręcz odpycha. Myślę, że nie byłoby to aż tak dokuczliwe, gdybym pewnych poczynań i zjawisk nie rozumiał. Włączyłbym wtedy sobie radio lub telewizor, posłuchał wiadomości, wypiłbym jedno piwo, żeby były bardziej strawne, i zapomniał o nich tuż po mapie pogody.
Niestety, w moim przypadku tak żyć się nie da. Ćwierć wieku uprawiania satyry politycznej spowodowało to, że większość polityków jest dla mnie przejrzysta jak pergamin.
Słuchałem 23 stycznia w wywiadzie z Moniką Olejnik niejakiego wicemarszałka Senatu, Ryszarda Jarzębowskiego, zwolennika zlikwidowania pionu śledczego IPN, bo takie śledztwo powinien prowadzić, według niego, zwykły prokurator. I tenże, za przeproszeniem, wicemarszałek mówi do mnie przez radio o godzinie 8.20, kiedy powinienem pogodnie nastawić się do nadchodzącego dnia, że Instytut Pamięci Narodowej, skoro już został powołany, powinien się zająć przede wszystkim Berezą Kartuską i powodami, dla których Witos nosił tam kubły z gównem. Pan, za przeproszeniem, wicemarszałek, miał na to czas od 1945 roku do 1990, żeby to osobiście wyjaśnić, bo wtedy była na to moda, a nawet obowiązywał trynd. Za wszelkiego rodzaju zbrodnie odpowiadał tylko marszałek Piłsudski, a Polaków w Katyniu mordowali wyłącznie hitlerowcy. Pan wicemarszałek uaktywnił się w sprawie IPN w dniu, kiedy jakiś nieodpowiedzialny prokurator z pionu śledczego zaczął dociekać, kto tak naprawdę stał w naszym kraju za śmiercią księdza Popiełuszki, bo jak się okazuje, w tej sprawie do dzisiaj ma dużo więcej osób mordę w kuble z gównem niż Witos w Berezie.
Ale jakie są intencje zacietrzewionego do nieprzytomności pana, za przeproszeniem, wicemarszałka, to wiem ja i jeszcze kilka osób, które niepotrzebnie bawią się w rozumienie polityki i polityków, wybranych między innymi po to, żeby nie zaciemniali historii naszego kraju.
W 1990 roku opowiadałem ze sceny żart, który, jak wtedy sądziłem, był przynależny tylko tamtym czasom, ale patrząc na stan mojego ducha i na obecnych polityków, żyje i ma się dobre także dzisiaj.
Na Dworcu Centralnym w Warszawie wysiadł młody mężczyzna, miał oberwany rękaw w kurtce, rozdeptane buty, zniszczony plecak, a w kieszeniach nie było ani komórki, ani portfela. Mimo to uśmiechnął się pogodnie do pasażerów opuszczających pociąg i powiedział głośno:
– No! Najgorsze mam już za sobą!
– A skąd pan jedzie? – zapytała ciekawa pani przechodząca obok.
– Z Koluszek.
– A dokąd pan jedzie?
– Do Zambii.
I do takiego pojmowania kraju zmusza mnie między innymi pan wicemarszałek Jarzębowski.
PS
I zapomniałem dodać, że przy komentowaniu wypowiedzi pana prezydenta, że pion śledczy powinien pozostać, zachował się dokładnie tak samo jak Roman Giertych w sprawie papieża, który powiedział, że powinniśmy wstąpić do Unii. I Roman Giertych i on wiedzą lepiej.

Wydanie: 5/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy