Tusk traci grunt

Tusk traci grunt

O dymisji min. Zbigniewa Ćwiąkalskiego media, które żywią się tylko bieżącymi skandalami i spektakularnymi newsami, już zapomniały. To dobry moment, aby przyjrzeć się bliżej logice działań i decyzji premiera Tuska.
Choć PO nie jest moją bajką polityczną, potrafię odróżnić w tym towarzystwie umysły bardziej otwarte od cwaniakowatych ślizgaczy, którzy niewiele mają do powiedzenia i nie bardzo wierzą w to, co mówią. Z prostego powodu – tych pierwszych jest mniej i wyróżniają się na bezbarwnym tle osobników, którzy niewiele potrafią poza startowaniem w wyborach. Tym drugim, kiedy wypadną z obiegu partyjnego, zazwyczaj brakuje pomysłu, jak uczciwie zarobić na życie. Nie wnikając w szczegółowe analizy merytoryczne, należy stwierdzić, iż min. Ćwiąkalski wyrastał ponad przeciętność swojego zaplecza politycznego. I z pewnością nie został zdymisjonowany za brak kompetencji, ale za pewność siebie i niezależność w wygłaszaniu opinii. Partyjny dwór Tuska nie mógł tego spokojnie znosić i wykorzystał zdarzenie w więzieniu do szybkiego załatwienia sprawy.
Dymisja ministra sprawiedliwości była typową akcją marketingowo-medialną, która miała pokazać zdecydowanie i siłę premiera. Pokazała coś zupełnie odwrotnego: słabość premiera Tuska i schlebianie oczekiwaniom wirtualnego tłumu siedzącego przed telewizorami. Procenty w sondażach i wizerunek pozornego twardziela, który kontroluje sytuację, zwyciężyły nad chłodną analizą i stanowczością polityczną. Strach przed krytyką konkurencji politycznej kazał Tuskowi złożyć symboliczną ofiarę. Być może w krótkiej perspektywie pozwala to złapać oddech, w dłuższej – tego typu rytuały najczęściej kończą się porażką.
Niestety te same mechanizmy, które wykorzystało zaplecze Tuska, dominują w większości polskich partii politycznych. Wygrywają słabi, ale swoi. Wiadomo, czego można po nich oczekiwać – z pewnością nie zagrożą swoim politycznym promotorom niezależnymi działaniami i samodzielnym myśleniem. To, że nie powiedzą nic mądrego ani nie zaskoczą innowacyjnymi działaniami, jest mniej ważne niż to, że wykonają wszystkie polecenia swoich partyjnych wodzów. W ten sposób następuje selekcja negatywna i miernoty dominują. Słaby pieniądz wypiera silny pieniądz nie tylko w gospodarce, ale także w polskiej polityce.
Myślenie krytyczne jest niebezpieczne. Wychodzenie poza schematy grozi skandalem. Wzniesienie się ponad poziom niedouczonych prezenterów telewizyjnych, nie wiadomo czemu nazywanych dziennikarzami, może być niezrozumiałe. Wizja polityczna? Po co? Ważniejsza jest telewizja, tanie chwyty marketingowe i wyniki w sondażach. W takich warunkach w życiu politycznym dominuje prymitywna socjotechnika, która z polityką rozumianą jako kształtowanie jakości sfery publicznej nie ma nic wspólnego. W takiej atmosferze nie ma też miejsca dla ludzi takich jak prof. Ćwiąkalski – trzeba się zadowolić Karpiniukami, Nitrasami czy innymi Sławomirami Nowakami.
Ci, którzy wierzą w siłę billboardów, reklam i marketingu politycznego, zazwyczaj nie dostrzegają siły myśli, ideologii ani zaplecza intelektualnego w działaniu politycznym. Ważniejszy jest dla nich image przed kamerą niż systematyczna praca z zapleczem politycznym. Kolor krawata czy koszuli liczą się w ich mniemaniu bardziej niż edukacja obywatelska i promowanie ludzi, którzy mają odpowiednie umiejętności w działalności publicznej. W ten sposób partie, które wygrywają wybory i zaczynają rządzić krajem, regionem czy powiatem, nagle stają przed problemem skierowania odpowiednich ludzi do różnego rodzaju funkcji. I tutaj zaczyna się dramat – okazuje się, że wokół jest sporo \”dyżurnych ochotników\”, którzy zawsze chętnie będą służyli państwu i partii, ale zazwyczaj brakuje osób o odpowiednim przygotowaniu i właściwych kompetencjach. Brak kadr, specjalistów, ekspertów widać gołym okiem w każdej koterii politycznej w Polsce i w większości instytucji publicznych.
Jak mawiał Max Weber, klasyk myśli politycznej, politykę robi się głową, a nie innymi częściami ciała. Ta mądrość nie dociera do zdecydowanej większości polskich polityków. Objawy choroby, którą teraz obserwujemy w PO, wcześniej przyczyniły się do klęski SLD. Warto w tym miejscu jeszcze przypomnieć o głównych grzechach polityków, na jakie wskazywał Weber. Są to: nierzeczowość oraz brak odpowiedzialności. Jak pisał klasyk: \”Najsilniejsza pokusa, by popełnić jeden z tych grzechów lub obydwa, rodzi się u polityka z próżności: z potrzeby wystąpienia w sposób możliwie spektakularny na pierwszym planie. Pokusa jest tym silniejsza, że demagog musi liczyć na efekt – właśnie dlatego stale narażony jest na niebezpieczeństwo, że zostanie aktorem oraz że zlekceważy odpowiedzialność za skutki swojego działania i będzie pytał tylko o to, jakie robi ťwrażenieŤ\”.
Jeśli dymisja min. Ćwiąkalskiego oraz powołanie komisji śledczej ds. Olewnika ma być punktem zwrotnym w kondycji PO, to ci, którzy chcą zmienić prezydenta kraju, być może powinni zacząć szukać innego kandydata niż Donald Tusk. Ten bowiem przy niewielkim zamieszaniu okazał się bardzo miękki oraz podatny na wpływy i oczekiwania prasy brukowej. I choć bardzo przebiera nogami, aby jakoś dotrwać do 2010 r., to coraz bardziej widać, że ambicje Tuska przerastają jego możliwości. Jeśli nie Kaczyński i nie Tusk, to kto? Szkoda, że lewica w Polsce popełniała w minionych latach seryjnie wszystkie grzechy opisane przez Webera, nie była zainteresowana budowaniem silnego zaplecza i teraz cierpi na braki kadrowe. Może jednak warto szukać jasnej i racjonalnej trzeciej drogi? Jeśli nie przyniesie to sukcesu w 2010 r., to przynajmniej wyznaczy kierunek i zmobilizuje sympatyków bardziej racjonalnych projektów politycznych do działania na kolejne lata.

Wydanie: 5/2009

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy