Nie szkoda „Słoneczników”, gdy ginie świat

Nie szkoda „Słoneczników”, gdy ginie świat

To jest jeden z tych dziwnych momentów epoki cyfrowych, internetowych czasów, kiedy kameralna akcja, w tym wypadku dwóch aktywistek, znajduje się na ustach niemal całego świata. „Tak zniszczyły obraz”, „Atak na »Słoneczniki«”, „Poważne kłopoty”, „Oblały obraz van Gogha”, „Warte 84 miliony dolarów »Słoneczniki« oblane zupą”, „Skandal w Londynie”. W komentarzach królują słowa: debilki, kretynki, wandalizm, bezmyślność, głupota. A co się stało? Właściwe nic. Dwie aktywistki brytyjskiej organizacji Just Stop Oil oblały zupą pomidorową z puszek szybę pancerną, za którą w Galerii Narodowej w Londynie wystawiany jest jeden z obrazów Vincenta van Gogha z cyklu „Słoneczniki”, należący do najbardziej rozpoznawalnych arcydzieł malarstwa w historii świata. Ceny tych płócien sięgają dziesiątków milinów dolarów. Za życia artysty nie sprzedał się żaden z nich. Tak czy owak, samemu obrazowi nic się oczywiście nie stało. Ucierpiały bardziej dłonie protestujących kobiet, które przykleiły się do ścian muzeum. Co chciały przekazać? Ten wątek jest już mniej eksplorowany. Bezpośrednim powodem było przyznanie kolejnym firmom licencji na wydobycie ropy. Licencje na wydobywanie ropy i gazu stanowią „część niekończącego się kultu wzrostu napędzanego paliwami kopalnymi”, który doprowadzi do zniszczenia całej kultury i cywilizacji. Aktywistki krzyczały: „Czy sztuka jest warta więcej niż życie? Więcej niż jedzenie? Więcej niż sprawiedliwość?”. Sama akcja była jedną z wielu podobnych w formie, ale jej niezwykły, globalny rozgłos przyniósł wybór obiektu zupnego ataku. Tak więc akcja, w wyniku której de facto nikt i nic nie ucierpiało, wywołuje powszechne oburzenie, niesmak i potępienie. Katastrofa klimatyczna nie spędza większości z nas snu z powiek. Wydobycie paliw kopalnych takoż. Filozofia nieustannego wzrostu, którą udało się „sprzedać” nam jako naturalny proces (a jego niszczące koszty w skali globalnej nie podważają tej fałszywej tezy), ma się doskonale. Jest chroniona naszą ignorancją,

inercją i brakiem zaangażowania lepiej niż płótna Mistrza bez Ucha. Historia plaśnięcia zupą w londyńskiej galerii obnaża też nędzę mediów. Zamiast faktów – lamenty, zamiast zrozumienia – złorzeczenia, zamiast wyobraźni i troski o wspólną przyszłość – histeryczna poprawność i drobnomieszczańska grzeczność. I ci, którzy nigdy w żadnej publicznej sprawie nie ruszyli dupy z krzesła, wiedzą oczywiście lepiej, jak należy protestować, walczyć, przekonywać, docierać z przekazem. A niewidzialny zegar zagłady świata, jaki znamy, tyka nieprzerwanie.

Wspominam, jak onegdaj grupa młodych osób przekonywała mnie, że Greenpeace jest organizacją terrorystyczną. Trwał akurat protest na Morzu Arktycznym przeciw Gazpromowi, aktywiści okupowali należącą do Gazpromu platformę wiertniczą Prirazłomnaja na Morzu Peczorskim, niedaleko północno-wschodniego wybrzeża Rosji. Akcja była częścią kampanii, mającej na celu powstrzymanie tzw. krajów arktycznych i międzynarodowych koncernów paliwowych przed eksploatacją zasobów Arktyki (głównie ropy i gazu). Na pytanie, dlaczego Greenpeace jest organizacją terrorystyczną, odpowiedzieli zdumieni, że można tego nie rozumieć: „jak to, przecież oni się przykuwają do łańcuchów, które nie są ich”.

Pokoleniom ludzi, którzy walczyli o emancypację, godne warunki pracy, zniesienie niewolnictwa, ograniczenie wyzysku, zabronienie pracy dzieci, i uczestniczyli w setkach innych cywilizacyjnych walk i protestów, za które płacili zdrowiem, wolnością, krwią czy życiem, nie mieściłoby się to w głowie. Systemowa przemoc i dewastacja Ziemi jest, jak się okazuje, poza zasięgiem zrozumienia, zarówno diagnozy, jak i grożących nam wszystkim konsekwencji. Ale obrona gabloty z zamalowanym płótnem, dzisiaj głównie symbolem ulokowanego majątku, w tym kościele świętej własności mieści się doskonale.

Na polskim podwórku w tym samym duchu zabłysnęło ostatnio koło parlamentarne PPS, które przyczepiło się do „Lewackiej szmaty”, producenta odzieży z doskonałym, pogłębionym lewicowym przesłaniem, i zagroziło „wyciągnięciem konsekwencji prawnych” za „bezprawne” wykorzystanie w swoich grafikach tradycyjnego symbolu antyfaszystowskiego „trzech strzał”. Poseł partii Razem Maciej Konieczny w krótkim oświadczeniu sprzeciwił się takim i podobnym próbom „prywatyzacji symboli”: „Demokratycznego socjalizmu nie da się sprywatyzować, antyfaszyzmu nie da się sprywatyzować, to nie znaki towarowe, to idee, za które ludzie tacy jak Kazimierz Pużak albo Henryk Sławik oddawali życie”. I na koniec dodał: „A do towarzyszy i towarzyszek z obecnego kierownictwa PPS mam jeden apel: puknijcie się w łeb i przestańcie ośmieszać Polską Partię Socjalistyczną”.

Gdyby puknięcie się w łeb działało, bylibyśmy ocaleni. Ale najpierw trzeba by choć puknąć się we własny łeb. To nie terroryzm ani wandalizm.

Wydanie: 44/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy