Prawo do katafalkowania

Prawo do katafalkowania

Jestem entuzjastą ulicznych manifestacji, demonstracji, obywatelskiego nieposłuszeństwa, blokad nielegalnych eksmisji, protestów przeciw brutalności policji, pikiet w kwestiach pracowniczych. Polityka uprawiana na ulicy, wrzeszczenie haseł, malowanie transparentów, machanie flagami, mówienie publicznie władzy NIE – to sól wolności. A na blokady i kontrmanifestacje miesięcznic smoleńskich nie chodzę i się nie wybieram.

Nie mam i nigdy nie miałem wątpliwości, czy maniakalne, pseudożałobne, polityczne harce na Krakowskim Przedmieściu mają na celu oddanie czci tym, którzy zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Nawet długotrwałe rytuały publicznej pamięci po zmarłych nigdzie nie mają takiej formy i trwałości oraz oprawy. Nie chcę się zagłębiać w uzasadnienie psychologiczne tego patologicznego przedsięwzięcia. Przed siedmioma laty broniłem prawa „krzyżaków”, tak ich wtedy nazywano, do lamentacji modlitewno-politycznych – mogli to robić, jak każdy w ówczesnym i niekiedy także w dzisiejszym społeczeństwie demokratycznym. Nie rżałem z nich, nie piłem przy nich piwa, nie wyśmiewałem ich. I nie miałem wątpliwości, że ich zaangażowanie, błędne rozpoznanie ktoś cynicznie wykorzystuje; nie ma co tu się kryć za słowem ktoś – Jarosław Kaczyński. Nie on jeden wykorzystuje, nie oni jedyni byli, są i będą wykorzystywani. Klasowa pogarda, z jaką ich wówczas potraktowano, nie odpowiadała mi, choć nic mnie z nimi nie łączyło.

Dzisiaj jest inaczej. Za tą sztuczką żałobną stoi cały aparat państwa, zarówno w postaci setek policjantów i policjantek broniących dostępu do uszu i oczu posła Kaczyńskiego niewygodnym hasłom i widokom („białe róże nienawiści”), jak i – co dużo poważniejsze – zmian w prawie o zgromadzeniach, które de facto ustanawiają manifestacje równe i równiejsze, słuszne i słuszniejsze. I tak się nieprzypadkowo składa, że uprzywilejowują te rządowo-płaczkowo-smoleńskie, a odbierają prawo im przeciwnym. Na razie widać, że prawo zmienione, by zadowolić szefa wszystkich szefów, działa głównie każdego 10. dnia miesiąca oraz niekiedy w Krakowie podczas „wawelskiego skupienia modlitewnego” prezesa. Zostanie wykorzystane w innych sytuacjach i jest to naprawdę groźny składnik pakietu ograniczającego nasze prawa obywatelskie, prawa do manifestacji i demonstracji, nasze wciąż konstytucyjne wolności.

Skalkulowane na chłodno wykorzystywanie przez Kaczyńskiego tej okoliczności do wygłaszania pustych w treści i ubogich w formie zaklęć o nadchodzącej bliżej nieokreślonej prawdzie oraz zwycięstwie formacji, która jest wszechrządzącą dzisiaj partią – otóż cały ten spektakl nie jest czytelny dla wszystkich, a w każdym razie dla wielu. Protest przeciwko akurat tej monooratiostacji (monooratiostacja – cykliczna manifestacja polegająca na oracjach jednego oratora, o niemal identycznej zawartości – przyp. autora) jest zatem symboliczny, ze wszystkimi wadami i niedoskonałościami symbolicznych potyczek. Jedni kupują, drudzy – nie. Dla Kaczyńskiego to idealny obraz pustego i jałowego oporu. Przeciw niemu (personalnie), a nie przeciw dewastacji prawa czy fundamentów konstytucyjnych państwa. A on przecież jest tylko szeregowym posłem, który pamięta o bracie. Telewizje informacyjne (również przed 2015 r.) przerywały każdego 10. dnia miesiąca program, żeby oddać mu głos. To go zabierał, mając megafon o tysiąc razy większym zasięgu niż ten z drabinki (a wcześniej bez niej). Dawali – brał. Sączył jad, podtruwał, insynuował – taki przypadek. I ten przekaz szedł. Aż zaszedł na poziom katafalku, bo na czymś takim już teraz stoi prezes, a nie na wyszydzanej biedadrabince.

Chwilami mam wrażenie, że oglądam widowisko z udziałem małego, niesfornego dzieciaka, który krzyczy i tupie tym głośniej, z im większą przyganą na niego patrzymy, a kiedy odwracamy wzrok, ignorujemy – hałas cichnie. W felietonie mogę sobie pozwolić na nieuprawnione psychologizowanie procesu rodzenia się groźnego autorytaryzmu, jest bowiem w figurze Kaczyńskiego autokratora coś z rozkapryszonego dzieciaka, który nakręca swoją złość, im bardziej to wyprowadza z równowagi tych niby-dorosłych. Idący z szerokim uśmiechem na ustach na żałobną uroczystość Kaczyński nie śmieje się z głębokiej wewnętrznej radości, śmieje się z opozycji, której nadteatralność jest wyrazem jej politycznej bezradności.

I tu jest cały smutny sęk pogrzebany. Najprzeróżniejsza opozycja jest wciąż wobec szefa PiS politycznie bezbronna i ślizga się po wylanym przez niego lodzie. Miesięcznice czas ignorować.

I zabrać się do protestowania tam, gdzie cel jest jasno postawiony i sukces polityczny niewykluczony. A poza tym nie czekać na jakąś baśniową Norymbergę dla PiS, która nie nadejdzie, tylko pisać ustawy konstytuujące nową Rzeczpospolitą, która nastąpi. Białymi różami się tego nie zrobi. I choć białe róże pięknie mogą wyglądać na czerwonym tle, wybrać należy estetykę czarnych liter na białym tle.

Wydanie: 25/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy