Rząd bez dopalaczy

Rząd bez dopalaczy

Coś doradcy premiera Donalda Tuska coraz gorzej wyczuwają nastroje społeczne. Spadek w sondażach PO i głośne odejście Janusza Palikota, który porzucił partię Tuska, nazywając ją „starą, zgryźliwą i zgnuśniałą ciotką”, miał przykryć medialny szoł z dopalaczami. Telewizyjny spektakl jakoś nie porwał tłumów, a tylko stworzył pytania w głowach wielkomiejskich inteligenciaków i niektórych dziennikarzy: czy medialna zagrywka z policjantami, którzy nie wiadomo czego szukają w legalnych sklepach, nie jest łamaniem praw obywatelskich? Pomijając aspekt prawny, pojawia się polityczne skojarzenie z PiS. Nagle ziobryzm zawisł znowu w powietrzu, a stwierdzenie Tuska o „działaniu na granicy prawa” zabrzmiało groźnie dla demokracji. „Ci panowie nie sprzedadzą już żadnego dopalacza” zabrzmiało w stylu: „Ten pan nie zabije już żadnego pacjenta”. Populizm lidera PO pokazuje, że użyje każdych środków, aby utrzymać się przy władzy. Władza przestała już być narzędziem, a staje się celem samym w sobie dla aparatu PO. Premier budzi dawne demony i odwołuje się do płytkich motywów – wkładanie maski szeryfa, który zaprowadzi porządek, to populizm najgorszego sortu używany zazwyczaj przez władzę pozbawioną jakichkolwiek pomysłów na rozwiązanie realnych problemów w obszarze społeczno-ekonomicznym.
Jeszcze niedawno na topie była walka z pedofilią, wcześniej zwalczanie groźnych sekt, teraz w telewizyjnej modzie są dopalacze. Ciekawe, kto będzie w dalszej kolejności pełnił funkcję dyżurnego straszaka i jaki będzie zastępczy temat dyskusji medialnych? Bo przecież nie chodzi tutaj o zwalczanie używek. Zepchnięcie dopalaczy do podziemia spowoduje tylko, że dzieciaki przerzucą się na inne środki psychoaktywne, które są poza oficjalnym obiegiem. Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że akcję Tuska sponsorowały grube ryby rozprowadzające w Polsce twarde narkotyki. Rząd pozbawił ich konkurencji i zwiększył popyt na oferowany przez nich towar. Im bardziej jakieś zjawisko schodzi do podziemia, tym społeczeństwo ma mniejszy nadzór nad nim. Szkoda, że nikt z tych moralistów oburzonych sklepikami z dopalaczami nie pomyślał o przyczynach takiej popularności środków odurzających wśród młodzieży. Co państwo i rząd oferują im w zamian? Bezrobocie na poziomie 30% wśród młodych ludzi? Pracę dla absolwentów wyższych uczelni za 1,5 tys. zł czy może likwidację domów kultury, publicznych bibliotek i szans na własne mieszkanie? Pozostaje albo emigracja zarobkowa, albo emigracja wewnętrzna. W tej drugiej pomagają różnego rodzaju dopalacze. Lepiej likwidować przyczyny, a nie skutki uzależnień. Rząd myśli inaczej.
Nie dziwi, że w takim kontekście inicjatywa Palikota sprawiła wrażenie przypływu świeżego powietrza. Hasło zwiększenia wydatków na kulturę zamiast wydawania pieniędzy na złom dla generałów w polskich warunkach zabrzmiało bardzo postępowo. Oprócz słusznych i wyraźnych akcentów antyklerykalnych oraz postulatów równouprawnienia wszystkich obywateli bez względu na płeć, wyznanie, orientację seksualną Palikot dorzucił trochę zużytych i niezbyt mądrych postulatów zyskujących tani poklask wśród ludzi kontestujących klasę polityczną – wprowadzenie kadencyjności liderów partii czy też zmniejszenie liczby posłów. Dobrze wiadomo, że zmniejszenie liczby posłów czy likwidacja Senatu nie poprawią polskiej polityki. Oszczędności w skali budżetu na takich działaniach są śladowe. Sakralizacja idei okręgów jednomandatowych i ordynacji większościowej jest w równym stopniu naiwna i banalna. Czy w tej chwili Polacy znają i nadzorują działalność senatorów wybieranych na zasadach ordynacji większościowej? Większość obywateli nie jest w stanie wymienić nazwiska senatora ze swojego okręgu wyborczego. Klucz do poprawy jakości polskiej demokracji nie znajduje się zatem w prostych operacjach technicznych i zmianach przepisów, ale w zwiększeniu poziomu zaufania w społeczeństwie, większym zaangażowaniu ludzi w sprawy obywatelskie, podniesieniu poziomu debaty publicznej, lansowaniu – w procesie edukacji i kultury życia codziennego – wzoru aktywnego obywatela zamiast tępego konsumenta. Trochę żałośnie wygląda, kiedy liberałowie chcą poprawiać politykę i rzeczywistość społeczną w sposób administracyjny za pomocą narzędzi państwa i narzuconego przez biurokrację prawa.
W tym miejscu należy przeciąć wszelkie dywagacje o lewicowości Palikota. Jego inicjatywa w standardach europejskich świetnie pasuje do ram klasycznego liberalizmu. Propozycje Palikota są bowiem liberalne ekonomicznie, kulturowo i politycznie. Dobrą tego ilustracją była wypowiedź Manueli Gretkowskiej ze spotu internetowego reklamującego ruch poparcia Palikota: „To jest mój dom i moja prywatność. Za nami jest ulica i to, co publiczne, a oddziela to wszystko płot. W Polsce bardzo często brakuje tego płota”. To klasyczna wykładnia klasycznych liberałów, którzy wierzą, że prywatność jest ostoją wolności i bezpieczeństwa. Pomijając fakt, że w Polsce jest zbyt dużo wysokich płotów, murów i ogrodzeń, na których jest napisane „własność prywatna”, to ciekawe, co powiedziałyby na to zachodnie feministki. Dla nich problemem jest właśnie sztuczne oddzielenie sfery prywatnej i publicznej. Ta separacja pozwala bowiem traktować przemoc w rodzinie jako sprawę prywatną, a prawo do świadomego decydowania o swoim ciele czyni nie kwestią polityczną, tylko indywidualną sprawą kobiety. Widać, że Gretkowska nie zna koncepcji zachodnioeuropejskiego, lewicowego feminizmu i powtarza slogany liberałów z XIX w. To też ilustruje zaściankowość debaty publicznej w Polsce – polska scena polityczna przesunęła się tak bardzo na prawo, że głosy, które w Europie Zachodniej zaliczone byłyby do liberalnego centrum, u nas są odbierane jako przejaw lewactwa. Dobrze jednak byłoby, aby taka liberalna partia w polskich warunkach zaistniała. Wtedy w pełnej okazałości moglibyśmy zobaczyć konserwatyzm PO. Dmuchany balon fałszywego liberalizmu PO mógłby szybko zostać przebity. A co na to lewica? Nic nie traci, a może zyskać sojusznika w kwestiach obyczajowych i kulturowych. Jak mawiał stary dobry Marks: z liberałami w imię postępu, nowoczesności i demokracji. A potem jeszcze dalej w stronę równości i sprawiedliwości. Lewica ma ambitniejsze postulaty i oczekiwania. Dlatego nie powinna obawiać się liberalnej konkurencji, bo idzie dalej na drodze postępu.

Wydanie: 41/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy