Zrób sobie swój antyfaszyzm

Zrób sobie swój antyfaszyzm

W rytualnym czasie rytualnych obchodów narodowych mitów i rocznic dobrze się oderwać od przeciwnika i zreflektować, czyli oddać refleksji, namysłowi. Pretekstem jest antyfaszyzm – coś w rodzaju ruchu społecznego, często intensywnie związany z tradycją anarchistyczną (dobrze sobie uświadomić, że to jedna z najstarszych linii politycznego, chronicznie niepartyjnego zaangażowania, nowoczesnego, choć z przeszło 150-letnią tradycją o wymiarze globalnym). Tak jak system podbija oczy albo je mydli, żeby łatwiej było nami sterować, manipulować, zarządzać, antyfaszyzm oczy otwiera i pozwala postawić celną diagnozę. Ten współczesny polski, polityczny antyfaszyzm nie jest akademicką wiedzą tajemną, jest – wykorzystamy tu tytuł pisma zajmującego się filozofią polityki – „praktyką teoretyczną”. Ruchy antyfaszystowskie nie czują się zmuszone do legitymizowania swojego istnienia, działań i konceptów powszechnie akceptowalną, zrutynizowaną definicją samego faszyzmu ani wikłaniem się w jałowy spór o to, czy dziś już mamy faszyzm, czy dopiero będziemy go mieli za chwilę. A jeśli tak, to jaki, dlaczego inny niż u socjalisty Mussoliniego i gdzież nam do komór gazowych Hitlera. Antyfaszyzm w jakimś sensie wybił się na autonomiczność, stał się dość spójną przestrzenią działań wynikających z oceny „europejskich korzeni przemocy faszystowskiej”, żeby strawestować tytuł ważnej książki, której autorem jest Enzo Traverso.

Chciałbym się pokusić o postawienie tezy, że właśnie ta umiejętność wglądu w chybotliwą istotę demokracji liberalnej opatulonej w zdziczały kapitalizm budzi niechęć, wrogość i skłania do stygmatyzacji środowisk antyfaszystowskich przez tzw. przyzwoity mainstream, ludzi rozsądnego środka, dobrych obywateli, tęskniących za oswojonym rytuałem grzecznego patriotyzmu z czekoladowym orłem. Antyfaszyści burzą ten sielankowy dogmat, podważają tezę o najeździe Hunów, o pojawieniu się znikąd i bez przyczyny hord z pochodniami, oflagowanych mas uformowanych w marszowe bloki, okraszone kibolskim sosem i folklorem. Antyfaszyzm pokazuje, że to tylko zewnętrzne objawy choroby całego systemu, który wcześniej wykluł i wyhodował te wszystkie autorytaryzmy i wykluczenia w codzienności ostatnich prawie 30 lat, zaopiekował się nimi. Ten nasz mały faszyzm powszedni rósł niezauważalnie, centymetr po centymetrze, i dostrzegliśmy go, dopiero gdy stał się już monstrum lub – delikatniej – przedmonstrum. Taki efekt cielaczka zamkniętego w wieży kościelnej i zdumienia, skąd tam się wzięła krowa. Ten systemowy mikroklimat powstał dzięki bezrefleksyjnie hodowanym narodowym mitom (bohaterszczyzna, zmilitaryzowany wzorzec męskości, powszechny patriarchalizm i lekceważenie praw mniejszości oraz w ogóle praw człowieka jako fundamentu, na którym zbudowano jednak powojenną Europę). Wartości wspólnotowe wymieniono na wizję jednowymiarowego wzrostu gospodarczego (mityczny trzyliterowy bóg – PKB). Równocześnie, uznając za święte przysłowia: każdy kowalem swojego losu i gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, wyrzucono poza nawias zainteresowania całe grupy społeczne, jakby zaocznie odmawiając im prawa do bycia obywatelami. To podglebie, na którym nastąpił wysyp faszyźmików, na dodatek czujnie podlewanych i hołubionych przez coraz skrajniejsze formacje prawicowo-konserwatywnego centrum.

Ta choroba nie zaczęła się dwa lata temu. Świętem narodowym czczenia „żołnierzy wyklętych” uczynił 1 marca prezydent Komorowski. Obecny Sejm przyjmujący przez aklamację uchwałę o Narodowych Siłach Zbrojnych uczcił jawnie współpracującą z hitlerowcami Brygadę Świętokrzyską. Zastępca prokuratora generalnego osobiście interweniuje i w konsekwencji wycofane zostają zarzuty wobec byłego księdza Międlara, emblematycznego rasisty, antysemity i faszysty. Jak w takim klimacie ma nie kwitnąć faszystowska duma? Cały edukacyjny nacisk na uczniów ma przecież od lat wzmacniać poczucie dumy, dumy, narodowej dumy, utwierdzać przekonanie, że Polacy to najdzielniejsze istoty na świecie, bohaterskie i niepokalane żadnymi przewinami. Inaczej trzeba by przepracować Jedwabne, przedwojenny i wojenny antysemityzm, antysemityzm Kościoła (kto dziś zadaje do czytania tekst o Maksymilianie Kolbem Jana Józefa Szczepańskiego z „Przed nieznanym trybunałem”?). Do tego dochodzi dewastacja praw pracowniczych, nieprzewidywalność sytuacji zawodowej i bytowej w myśl pokracznego thatcheryzmu i wczesnego Reagana. Na tym to rośnie. Także na pełnej niepohamowanego ferworu bujdzie polityki historycznej i nieludzkim antykomunizmie. A nawet nie tknęliśmy powszechnej nienawiści do uchodźców.

Aby w kwestii faszyzacji życia politycznego w Polsce zmienić cokolwiek, trzeba zmienić bardzo wiele, żeby nie powiedzieć wszystko. Ale kto oprócz antyfaszystów ma taką determinację? Niestety, Polska nie doczekała się swojego Stéphane’a Hessela, który jako 90-latek potrafił poderwać miliony europejskiej młodzieży książeczką „Oburzajcie się”. Tutaj pada raczej „poczęstujmy się”, „usiądźmy”, „napijmy się herbaty” albo po prostu: „napijmy się”.

Nie, nie napijemy się.

Wydanie: 46/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy