Chłopskie korzenie

Chłopskie korzenie

Niedawna śmierć Józefa Tejchmy przeszła niemal niezauważenie. Nie pierwszy raz obserwuję przemilczanie zgonów wybitnych przedstawicieli dawnego ustroju. Przed siedmiu laty tylko dlatego, że byłem w Warszawie, trafiłem w stołecznym dzienniku na nekrolog Artura Starewicza. Ubiegłoroczną śmierć Edwarda Babiucha mało kto odnotował. Po zgonie Stanisława Kani coś tu i ówdzie napisano, ale ostrożnie, by zanadto nie pochwalić „komucha”. Właściwie tylko odejście Wojciecha Jaruzelskiego i Stanisława Kociołka spotkało się z rozgłosem. Ale to był jedynie upust nienawiści.

Czarno-białe widzenie przeszłości jest przywarą, która prędzej czy później minie. Ale brak ciekawości, by – póki ci ludzie żyją – o coś ich zapytać, czegoś się od nich dowiedzieć, był i jest zdumiewający. Właściwie jedyną osobą, która do końca rozmawiała z „onymi”, była Teresa Torańska. A historycy zawodowi? Badacze dziejów najnowszych? Nieżyjący już prof. Jerzy Borejsza opowiadał mi, że gdy po 1991 r. historycy z dawnych demoludów penetrowali w Moskwie archiwum Kominternu, Polaków jako jedynych to nie interesowało. Nas interesują głównie archiwa SB.

Tejchma miał w chwili śmierci 94 lata. Przed półwieczem ten sekretarz KC i członek Biura Politycznego był – tak jak nieco od niego młodszy Kociołek – typowany na następcę Władysława Gomułki. Kociołek przegrał życie wystąpieniem w grudniu 1970 r., Tejchma natomiast utrzymał się także w ekipie Edwarda Gierka i nawet wtedy pozostawał przez chwilę potencjalnym następcą „pierwszego”. Natura nie obdarzyła go jednak „gruczołem władzy” – bodaj z własnej woli przeniósł się na stanowisko ministra kultury i sztuki. I jako taki jest do dziś dobrze wspominany. Wszak to on, ryzykując karierę, zdecydował w 1977 r. o wejściu na ekrany „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy. Czy do działania wbrew własnemu zapleczu byłby zdolny obecny minister kultury?

Zetknąłem się z Tejchmą tylko raz: w warszawskim Klubie Księgarza. Był bardzo już stary, pochylony, opierał się o laskę. „Śledzę pana karierę od IV Zjazdu”, wypaliłem. „Tak?”, zdziwił się chłodno. I tyle – była to najkrótsza rozmowa w moim życiu. Dopiero poniewczasie zrozumiałem, że moje słowa Tejchma uznał zapewne za ironiczne. Tymczasem ja rzeczywiście śledziłem jego karierę od IV Zjazdu PZPR, bo wtedy, kończąc w 1964 r. szkołę podstawową, zwróciłem uwagę na tego człowieka, który właśnie wszedł w skład najwyższych władz. Miał lat 38, na zdjęciach emanował młodością.

Nie powiedziałem zatem Tejchmie dwóch rzeczy. Pierwszej – że promotorem mojej pracy doktorskiej był Tomasz Weiss. Nie pamiętam wprawdzie, by prof. Weiss wspominał w rozmowach Tejchmę, wiem jednak, że Tejchma kilkakrotnie publicznie wspominał jego. Podobnie jak innego znakomitego polonistę, prof. Czesława Hernasa. Oni wszyscy – również minister spraw zagranicznych Józef Czyrek – wyszli w tym samym mniej więcej czasie z murów gimnazjum w Łańcucie. Tejchma zawsze o nich pamiętał.

A sprawa druga – to moje wspólne z Tejchmą korzenie. Nie, nie pochodziłem z Markowej, lecz ta jego wieś rodzinna jest oddalona zaledwie o 8 km od Ostrowa, gniazda Bytnarów, rodziny mojej matki. Szkoła podstawowa w Ostrowie nosi imię mych wujów: Stanisława Bytnara (z którym dziadek Jakub poszedł w 1914 r. do Legionów) i Jana Bytnara „Rudego”, bohatera okupacyjnej Warszawy. Ale i więcej: Markową, tak jak pobliską Albigową, założyli w XIV w. koloniści niemieccy – nazwiska Tejchma (dawniej Teichmann) i Bytnar (dawniej Bythnar lub Bythner) do dziś pojawiają się w tych stronach. Czy trudno sobie wyobrazić któregoś z Teichmannów czy Bythnerów wędrujących w późnym średniowieczu ze Śląska, a może nawet z Saksonii, i na świeżo przyłączonej przez Kazimierza Wielkiego ziemi ruskiej, zakładających Landshut (Łańcut) oraz wsie Helwigau (Albigowa) i Markhof (Markowa)? Nasze chłopskie rodziny orały więc rolę tam, gdzie żywioł niemiecki stykał się z żywiołem ruskim, z wolna dopiero przekształcając się w naród polski. Kilka wieków później analogiczne procesy zachodziły w inteligenckiej rodzinie Weissów de Weissenfeldów, z odległego od naszych stron Stanisławowa.

Tego wszystkiego nie powiedziałem Tejchmie. Gdybym powiedział – pewnie byśmy sobie wtedy pogadali. Dziś musi mi wystarczyć jego ostatnia książka: wspomnieniowy „Bunt przeciw starości”. Czy powinienem się dziwić, że autor jest dla mnie człowiekiem bliskim?

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 2/2022

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy