Prawicowa „natura” a kultura

Prawicowa „natura” a kultura

Kiedy prawica staje w obronie „naturalnego porządku”, „naturalnych praw” czy „naturalnego modelu rodziny”, można mieć pewność, że nie ma to nic wspólnego z naturą czy ze spontanicznym ładem, ale zawsze jest przejawem i wytworem uprzedzeń ideologicznych. Dla prawicowych publicystów i działaczy bycie „normalnym” czy stojącym po stronie „normalności” vel „naturalności” oznacza po prostu stanie po stronie ideologii prawicowej. Wszyscy, którzy nie akceptują konserwatywnych dogmatów, są albo zdemoralizowani, albo zboczeni, albo zepsuci i cyniczni. W każdym razie odbiegają od „normy” zdefiniowanej przez prawicę. Są więc zjawiskiem patologicznym, które wymaga interwencji stróżów prawa i obrońców moralności – prawa i moralności skrojonych na potrzeby prawicy. Zazwyczaj są to albo komuniści (otwarci lub maskujący swoje prawdziwe oblicze), albo lewaccy aktywiści, albo sprzedajni kosmopolici pozbawieni rdzenia narodowego. Rolę tę – jak w przypadku ideologii skrajniejszej prawicy – odgrywają od dziesiątków lat również Żydzi. Tak czy siak to osobnicy, których należy bądź leczyć, bądź resocjalizować pod kontrolą, bądź izolować, bądź – jak wielokrotnie w historii – na mniejszą lub większą skalę likwidować. Jak chwasty zakłócające „naturalny ład”.
Kiedy Kaczyński mówi o „normalności”, w tym pojęciu może się mieścić wszystko poza normalnymi dla demokratycznych standardów relacjami społecznymi. Kiedy Ziobro mówi o „zaprowadzaniu porządku”, oznacza to wszystko, co z prawno-obywatelskim ładem niewiele ma wspólnego. Ale przecież gdy chodzi o obronę „naturalnych wartości”, nie można przejmować się konstytucją, kulturą czy prawami obywatelskimi wywalczonymi przez ruchy społeczne. To wszystko jest wtórne wobec „boskiego porządku” i „naturalnego ładu”. Co jest naturalne, wskazują przecież jednoznacznie „święte księgi”, „wielcy przywódcy” czy „ojcowie narodu”. Różnie to było określane w różnych epokach.
Prawica oskarża środowiska liberalno-lewicowe o próbę zarządzania wychowaniem seksualnym młodych ludzi. Ale to właśnie ona chce narzucić wszystkim, bez pytania – jak powiedziałby francuski filozof Michel Foucault – „polityczny projekt zarządzania małżeństwami, urodzinami i warunkami przeżycia”. W opinii polskiej prawicy, seks i płodność muszą być bezwzględnie zarządzane oraz nadzorowane przez państwo i jego organy kontrolne. Bo przecież czym są kampanie toczone w imię przyrostu ludności – oddajmy raz jeszcze głos Foucaultowi – jeśli nie „specjalną formą realizowanej na innym poziomie kontroli stosunków małżeńskich, które tak uporczywie tropiła chrześcijańska pokuta”? Średniowiecznych reguł nie da się jednak bez indoktrynacji i przymusu państwa narzucić dziś całemu społeczeństwu.
Kościół nie mógł sobie wyobrazić w minionych wiekach, aby chłop pańszczyźniany odgrywał inną rolę społeczną niż wiejskiego niewolnika. Dla neoliberałów i szefów korporacji nie do pomyślenia jest, aby robotnik mógł zmienić klasę społeczną i przestał być robotnikiem. Dla polskiej prawicy nie do wyobrażenia jest zmiana obyczajów, stylu życia i reguł życia publicznego. Jeśli ktoś jest chłopcem, w przedszkolu ma się bawić samochodzikami, a nie lalkami. Gdy jest dziewczynką, ma się bawić w dom, a nie w bandytów i złodziei. Mama ma gotować, a tatuś wbijać młotkiem gwoździe – tak jak na rysunku w elementarzu, który wprowadza w reguły dorosłego życia. Zmiana tych ról jest zbrodnią, szerzeniem anarchii i atakiem na rodzinę.
Kiedy chłopcy zaczęli nosić długie włosy, byli tacy, którzy im je obcinali w imię przyzwoitości i moralności. A gdy pojawili się mężczyźni, którzy nie chcieli odgrywać najbardziej pożądanej we wczesnej fazie kapitalizmu roli robotnika, policja do nich strzelała. Kiedy zaś „męska rola” rekruta do armii niektórym chłopcom przestała się podobać w XX w., państwo w imię porządku zaczęło ich zamykać w więzieniach. Dzisiejsze tęsknoty prawicy za „normalnością” i ataki na ludzi chcących zmieniać role społeczne mogą świadczyć o tym, że chętnie pozamykałaby też tych, którzy szerzą nowe herezje, poglądy niezgodne z panującą tradycją i obowiązującą rutyną.
Idąc tym tropem, za chwilę prawica już nie tylko będzie zwalczać gejów, ateizację kraju czy dyskusję w naukach społecznych na temat gender, ale zażąda zamknięcia uniwersyteckich wydziałów socjologii czy kulturoznawstwa. Tam przecież uczy się studentów o relatywizmie kulturowym i wpaja im takie grzechy jak przekonanie, że wszystkie modele moralne, definicje ról społecznych czy style życia są wytworem człowieka oraz takiej lub innej kultury. Również chodzenie na dwóch nogach przez działaczy PiS i klęczenie w kościele nie jest prawem biologii, lecz wytworem kultury. Choć ideologom PiS to, że ludzie lewicy chodzą na dwóch nogach z podniesioną głową, może się wydawać anomalią, czymś odbiegającym od „naturalnych reguł”.
Powtarzanie w języku polskim prawicowych sloganów też nie jest owocem „natury”, lecz konserwatywnego wychowania, często wpływu religii, braku kontaktu z innymi kulturami czy ideami. Nikt nie przychodzi przecież na świat z poglądami posłanki Pawłowicz czy posła Pięty. Natura nie jest aż tak okrutna.

Wydanie: 4/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy