Spółdzielczość – lekarstwo na wyzysk

Spółdzielczość – lekarstwo na wyzysk

Jednym z ogromnych sukcesów propagandowych neoliberalizmu było całkowite wyeliminowanie z dyskursu publicznego pojęcia wyzysku. Wmówienie ludziom, że ich praca jest zawsze adekwatnie wynagradzana, albowiem stanowi wynik swobodnych umów pomiędzy pracodawcą i pracownikiem (jak gdyby nie istniał przymus ekonomiczny). Mechanizmów wolnego rynku, który jakoby sprawiedliwie nagradza i karze. Nic dziwnego, że w tę ideologiczną opowieść (bajkę), starą jak sam kapitalizm, żarliwie wierzyli pracodawcy, ale to, że uwierzyli w nią też pracownicy, jest fenomenem trudno zrozumiałym. Wszak dysponowali już doświadczeniem co najmniej 200 lat działania kapitalizmu, setkami analiz sytuacji pracowników najemnych i niesprawiedliwości społecznej, którą generuje kapitalizm. Wcześniej, od czasu do czasu, budzili się z kapitalistycznego snu i dostrzegali prawdę o swoim położeniu, dochodziło do buntów i strajków. Kapitalizm ulegał wtedy i przechodził pewną modyfikację, ale gdy tylko nastroje na trwałe się uspokajały, wracał w stare koleiny. I tak po powojennych dekadach względnej równowagi między kapitałem a pracą (lata 1945-1979) neoliberalny blitzkrieg zepchnął kapitalizm ponownie tam, gdzie był on od samego początku – na pozycje systemu niesprawiedliwego społecznie, w którym wyzysk pracownika jest na porządku dziennym. Przy czym neoliberalna bajka snuta była nie tylko przez polityków takich jak Margaret Thatcher czy Ronald Reagan, ale także przez rzesze ekonomistów (potem nagradzanych z reguły Noblem), socjologów i politologów, aż wreszcie przeniknęła do mediów, stała się pożywką kultury masowej (pamiętacie amerykańskie seriale z lat 80.?), co w ostateczności doprowadziło do tego, że uwierzyli w nią niemal wszyscy.

Sami poddani wyzyskowi zostali przekonani, że jest on fikcją, a ich nędzna pozycja społeczna to wyłącznie rezultat niewystarczających wysiłków osobistych (za mało się starali, nie pracowali np. po 16 godzin na dobę, jak pewien profesor celebryta). W ten sposób ideologia neoliberalna stała się elementem zdrowego rozsądku. Nic dziwnego, że zdecydowana większość publiczności, wobec której prezentowałem w ciągu ostatnich kilkunastu lat swoje krytyczne poglądy na współczesny kapitalizm, neoliberalizm itd., patrzyła na mnie jak na dziwaka, tłumacząc sobie to moje dziwactwo zawodem (najczęstszym argumentem ekonomistów krytykujących moje poglądy było stwierdzenie, że jestem filozofem; miało to zamykać dyskusję, zanim się zaczęła), wiekiem (jak czyniła pewna młoda i prominentna liberałka), ewentualnie zakładanym z góry zapóźnieniem ekonomicznym miasta, w którym mieszkam (wszak Toruń to z punktu widzenia metropolii głęboka i biedna prowincja, nawet jeśli ładna).

Dziś, gdy nieomal wszyscy deklarują niewiarę w neoliberalizm (nawet niegdysiejsi jego zagorzali obrońcy), mogę jedynie odczuwać gorzką satysfakcję. Czekam teraz na moment, aby uznali też, że kategoria wyzysku nic nie straciła na aktualności. To będzie z pewnością trudniejsze. Tymczasem właśnie ponowne uświadomienie sobie przez ludzi młodych, że wyzysk jest faktyczny, stanowi i będzie stanowić w przyszłości jeden z dominujących elementów ich postrzegania świata. Już dziś więcej niż połowa młodych Amerykanów deklaruje niechęć do kapitalizmu i przywiązanie do ideałów „demokratycznego socjalizmu” (ciekawe skądinąd, jak go rozumieją, prawdopodobnie jako system skandynawski). Dane te mogą szokować. Pokazują, że współczesny kapitalizm stoi w obliczu kryzysu znacznie głębszego niż tylko ekologiczny, a mianowicie kryzysu legitymizacji (uzasadnienia swojego istnienia).

W tej sytuacji pilnie zacząłbym się zastanawiać nad zmianą dominujących stosunków własności, przede wszystkim nad ich demokratyzacją jako lekarstwem na wyzysk i niesprawiedliwość. Moim zdaniem uspołecznienie własności powinno polegać m.in. na pójściu w stronę spółdzielczości. To sprawdzona forma własności (chwalili ją nie tylko socjaliści, ale i liberałowie, np. John Stuart Mill – jeden z „ojców założycieli” tej tradycji politycznej), która pozwala na dwie rzeczy naraz: efektywne gospodarowanie zasobami i sprawiedliwy podział zysków, wyłamując się w ten sposób z kapitalistycznej zasady, że nie ma zysku bez wyzysku.

Dzisiejsze działanie z sukcesem wielu spółdzielni na Zachodzie i w Polsce pokazuje, że ścieżka spółdzielczości jest realistyczna ekonomicznie i (na ogół) przyzwoita społecznie. Należałoby ją poszerzyć i uczynić główną drogą do gospodarki postkapitalistycznej, której nadejście jest i tak nieuchronne. Kapitalizm w dzisiejszej neoliberalnej formie jest bowiem nie do ocalenia. Im wcześniej to zrozumiemy, tym lepiej, i dla planety, która więcej jego dominacji nie wytrzyma, i dla spójności społecznej, bez której ciężary permanentnego kryzysu ekologicznego, a zatem również społecznego, muszą się stać zarzewiem wielkich niepokojów. Dzisiejsza siła ruchów zwanych populistycznymi to w tej perspektywie jedynie wstęp do tego, co nas czeka.

Pora więc ocknąć się z neoliberalnego snu i zacząć myśleć o lepszym świecie. Odważnie i nie obawiając się bycia nazwanym „elementem antykapitalistycznym”. Pamiętamy wszak, że ci, którzy byli nazywani „elementem antysocjalistycznym”, mieli rację, choć długo pozostawali w zdecydowanej mniejszości. Choćby dlatego, że nikt nie wierzył w upadek tzw. realnego socjalizmu, tak jak dziś nikt nie wierzy w upadek kapitalizmu.

Wydanie: 49/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy