Sezon szparagowy

TELEDELIRKA

Na moje pytanie, czy pamiętasz, co działo się 11 września, pewien całkiem rozgarnięty facet odpowiedział, że oczywiście, dobrze pamięta, bo miał tego dnia imieniny i cała firma tego dnia jadła i piła na jego koszt. A kiedy przypomniałam mu, że to dzień zamachu na WTC, trochę się zawstydził: „Tak, tak, rzeczywiście, ale dowiedziałem się o tym dopiero wieczorem z telewizora”.
A tyle się przytruwało o tym, że świat już nigdy nie będzie taki sam. Żyjący na swoje szczęście mają boski dar zapominania, gdyby go nie mieli, gatunek ludzki wyginąłby jak dinozaury, które były uczuciowo wrażliwsze od człowieka.
11 września prezenterzy telewizyjni mieli swój dzień. Gdy zadawano trochę niezręczne pytanie, kto jest architektem wydarzeń, myślałam, a nawet pisałam o tym, że nie zdziwiłoby mnie, gdybym dowiedziała się, że wymyślił to jakiś superbogaty telewizoholik, żeby ludożerka miała co oglądać.
Ludność na calutkiej ziemi przypominającej kształtem lampę z IKEA wgapia się w ekran. Lubimy oglądać cudze nieszczęścia. Byle polska wieś szczęśliwa… Czy możemy być szczęśliwi, choć byliśmy, jesteśmy, będziemy wypędzeni? Wszyscy jak jeden mąż i jedna żona?
Kwestia wypędzonych zajęła ostatnio polityków i żurnalistów. Sezon jest ogórkowy, a dla niektórych szparagowy. Szparag jest w naszym kraju warzywem klasowym, ludność w swej masie nie wie, z czym to się je, i jak się obiera. Ja pochodzę z Wielkopolski, gdzie nawet w PRL-u i na targu w Poznaniu kupowało się szparagi u wypędzonego z Bułgarii, ale czy był to Bułgar prawdziwy, czy farbowany, nikt do końca nie wiedział.
Nikt nie potrafił tak przyrządzać szparagów jak moja matka, pochodząca z rodziny Niemców wypędzonych podczas wojen religijnych, a potem używanych do zniemczania polskiego narodu. Zamiast zniemczenia moja niemiecka babka o pięknym nazwisku Schoener, po pierwszym mężu, kiedyś przez o umlaut, wyszła drugi raz za mąż za Polaka, mając z dwoma tymi facetami dziewięcioro dzieci, z których później każde pisało się inaczej; rodzina po mieczu długo zamieszkiwała Berlin, bo wyjechała z Polski rozebranej do naga. Tam urodził się mój ojciec, by w tym mieście, jeszcze niepodzielonym murem, wzbogacić się nieprzyzwoicie, podczas gdy tu lud cierpiał nędzę i organizował niezbyt udane patriotyczne zrywy, na które spóźniali się poeci patrioci, jak Mickiewicz na ten przykład.
Dziadek mój, o radosnym nazwisku pochodzącym od gaudeo-gaudere, słusznej budowy człowiek z brzuchem tak wielkim, że zamawiał biurka z wycięciem na bebech, a syn pomagał mu zakładać buty, był równie wielkim jak jego brzuch patriotą. Jak każdy na Obczyźnie. Do tego stopnia, że sprowadzał z Polski, oczywiście z Krakowa, książki bardzo świątobliwe jak ta o Królowej Jadwidze, na której ja długo, długo potem, uczyłam się czytać. I to mi zostało do dziś.
Oprócz polskiej literatury sprowadzał również gdańską wódkę, ale skoro w Gdańsku pędzona, była polska w takim stopniu jak Kopernik i Szopen, czy też taka jak Maria Skłodowska-Curie? Gdy wybuchła niepodległość w 1918 roku, w odróżnieniu od patriotów polonusów typu Moskal, co to siedzą w Ameryce z uporem godnym gorszej sprawy, co zresztą dla nas lepiej, mój dziad spakował manatki, a więc fabrykę konfekcji oraz dom mody, kazał to załadować Hartwigowi i przewieźć do Poznania. Płakał z radości, że Polska znów istnieje.
Mój ojciec natomiast płakał i błagał dziadka, żeby nie przenosić się do tej dziury, przepraszam za to słowo Klub Wielkopolan, oraz Marka Pola, z którym ostatnio odbyło się spotkanie, a ja ze względu na stan wskazujący na wymagającą cięcia, nieprzyjemną chorobę nie mogłam przybyć, czego serdecznie żałuję. Ambiwalentnie kocham miasto mego urodzenia, choć już dłużej mieszkam w Warszawie, dokąd zostałam wygnana, by robić karierę. Mój ojciec czuł się jak wypędzony z raju, a wpędzony do poznańskiej dziury.
Tak więc fabryka musiała ograniczyć produkcję, dom mody stał się domkiem mody, za to dziadek aż do śmierci był szczęśliwy. Potem nastąpił 1 września, lepiej pamiętany niż 11 w Nowym Jorku, i dla urodzonych w Rzeszy nastał czas próby. Mogli zostać rajsdojczami, to było znacznie więcej niż folksdojcz. Ciekawe, ale w naszej rodzinie nikt z niemieckimi korzeniami nie zdecydował się być prawdziwym Niemcem. Tak zresztą było z większością poznańskich niemieckich spolszczonych rodzin.
Dziś odbywa się swoista licytacja wypędzonych, kto jest bardziej, a kto mniej wypędzony. Wypędzanie tak jak czystki etniczne jest wojenną normą. Wydawałoby się, że po Holokauście nigdy nie powtórzą się metody niemieckie. Dziwię się powszechnie wyrażanemu zdziwieniu.
Człowiek skonstruowany jest na obraz i podobieństwo boskie, choć Boga w pełnej postaci nikt na własne oczy nie widział, jeśli to najwyżej jeden z elementów Trójcy w postaci syna przesiedlonego na ziemię w celu jej odkupienia. Od kogo i za ile? Tego Pismo nie podaje. No bo za jedno życie, nawet boskie, odkupić całą ziemię?
Wszyscy zostaliśmy wypędzeni z Edenu w osobach naszych rodziców, skarżypyty Adama i ciekawskiej Ewy. I za co? Za niewielkie zgoła przestępstwo. Bóg działał zgodnie z literą prawa, które sam ustanowił. Dzisiaj ze względu na małą szkodliwość społeczną czynu, z pewnością niedobrana para pozostałaby w raju. A jak sąd okrutny by skazał, to prezydent mógłby ułaskawić. W rajskich czasach nie było litości, więc przestańmy się dziwić, że ludzie wypędzają innych ludzi, lepiej ustanówmy ludzkie prawa, które to uniemożliwią.

 

Wydanie: 21/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy