Lewica w ogniu krytyki, a PiS przed komisją śledczą

Lewica w ogniu krytyki, a PiS przed komisją śledczą

Dyskusja o tym, czym w Polsce dziś powinna być lewica, jest jak najbardziej potrzebna i dobrze, że się toczy. Przez całe lata takiej dyskusji nie było. Dyskusja musi rozstrzygnąć kilka kwestii podstawowych. Czy podział na lewicę i prawicę dziś w ogóle ma jeszcze sens, a jeśli tak, to wedle jakiego kryterium tego podziału dokonywać? Co dziś stanowi cechy konstytutywne lewicowości, co prawicowości? Okazuje się, że można być prawicowym w sferze obyczajowości, kwestiach światopoglądowych, w stosunku do przeszłości i do narodu, do modelu państwa, a równocześnie lewicowym w gospodarce (tak postrzegam PiS), a także na odwrót: można być lewicowym w sferze obyczajowości, światopoglądu etc., a równocześnie liberałem w gospodarce! Co zatem przesądza o tym, że jakieś ugrupowanie jest zaliczane do prawicy, a inne do lewicy?
Gdzie jest granica między ideologią a polityką, czyli inaczej mówiąc, czy polityka ma być bezwzględną próbą realizacji ideologii, czy też może ma się kierować względami pragmatycznymi, realizując z ideologii tylko to, co jest aktualnie możliwe do zrealizowania?
A jak ma wyglądać formacja centrolewicowa, jaką jest LiD? Ile tam ma być lewicy, ile centrum (i co to „centrum” dziś znaczy)? A co dziś spaja Lewicę i Demokratów? Pytanie o spójnik „i” jest teraz też ważnym i trudnym pytaniem.
Sławomir Sierakowski tych wszystkich pytań sobie nie zadaje. On wie. Dla niego LiD jest formacją niewiarygodną, bo jego politycy „nagle przypomnieli sobie o konieczności obrony neutralności światopoglądowej państwa”. Nagle, bo jeszcze niedawno SLD za rządów Millera „złożył Kościołowi hołd lenny”.
Dla Sierakowskiego polityka ma polegać na bezkompromisowym realizowaniu ideologii.
Bez względu na skuteczność. A sama ideologia jest u Sierakowskiego radykalna.
Im więcej Sierakowski krytykuje dziś LiD, tym bardziej ustawia się w roli, jaką na liberalnej prawicy odgrywa Korwin-Mikke ze swoim liberalizmem tak skrajnym, tak utopijnym, że aż kabaretowym.
Tymczasem Marcin Król, publicysta „Dziennika”, a na uniwersytecie historyk idei, zaatakował LiD z innej flanki. Tym razem chyba pisał jako publicysta, bo to, co pisał, zgodne jest z linią jego gazety, za to całkowicie rozbieżne z tym, czego uczy historia idei. Pisząc więc to, co pisał, swą wiedzę o historii idei musiał ukryć bardzo głęboko. I ukrył skutecznie.
Otóż Marcin Król odkrył, a odkrycie opisał: „Lewica niesłychanie utrudnia pracę rządowi Donalda Tuska”. Bardzo słusznie Pan napisał. Bo my, Panie Profesorze, jak być może Pan już wie, jesteśmy w opozycji. Ta zaś, jak wiemy obaj, tym różni się od koalicji, że rządu z zasady nie popiera. Przykro nam. Ale tak już jest. Wymaganie, by opozycja nie utrudniała pracy rządowi, nie jest nowe. Logiczny wniosek z takiego podejścia jest taki, że najlepiej, gdy opozycji wcale nie ma. Wtedy rząd może, już bez zbędnych przeszkód, realizować swą słuszną (a nawet jedynie słuszną) politykę. Historia idei zna i takie. Nieprawdaż?
Ale Marcin Król troszczy się nie tylko o rząd Donalda Tuska, któremu pracę utrudnia lewica. Zatroskał się o samą lewicę. Naprawdę! W tej sprawie dokonał kolejnego odkrycia: „Lewica swoją aktywnością szkodzi samej sobie”. Gdy myśl tę rozwinął, okazało się, że to „szkodzenie samej sobie” polega na tym, że lewica zmusza rząd Tuska do „zrezygnowania ze swej liberalnej agendy” i „wpycha go w ramiona Kościoła”. Nie wiem, czy to dla Marcina Króla dobrze, czy źle, czy to dla rządu dobrze, czy źle, a już naprawdę trudno zgadnąć, dlaczego miało to być źle dla lewicy. To, że Platforma tak naprawdę, a już szczególnie jej tzw. konserwatywne skrzydło, poza poziomem inteligencji swych działaczy i językiem, niewiele się różni od PiS, twierdziliśmy już dawno. Niech już zatem razem z PiS znajdzie się „w ramionach Kościoła”, przestanie udawać partię liberalną (jeśli naprawdę, jak sugeruje Król, tylko udaje), to może wtedy Polacy dostrzegą, że LiD (czyli centrolewica!) jest naprawdę alternatywą dla centroprawicy. Tej centroprawicy, na której o miejsce dla siebie i władzę walczą PO i PiS.
Tymczasem, wbrew temu, co twierdzi Marcin Król, LiD wspiera rząd w tych wszystkich momentach, kiedy uważa to za pożyteczne dla kraju. Wspiera tak dalece – jeśli ktoś nie wierzy, niech przejrzy wydruki sejmowych głosowań – że aż naraża się na pomówienia PiS, że jest cichym koalicjantem.
W szczególności LiD chwali PO za przywracanie normalności, za język debaty publicznej, za zaprzestanie podsycania atmosfery wzajemnej nieufności i podejrzliwości, zaniechanie szczucia jednych grup społecznych na drugie. LiD popiera to, co minister Ćwiąkalski robi w resorcie sprawiedliwości.
„Odziobrzanie” resortu, które „Gazeta Polska” przewrotnie nazywa „ćwiąkalizacją” prawa, polega na przywracaniu normalności i odcinaniu zwłaszcza prokuratury od politycznych wpływów i nacisków. Nic dziwnego, że PiS nienawidzi Ćwiąkalskiego i nęka go, jak może.
Ostatnie posiedzenie sejmowej Komisji Sprawiedliwości, na którym posłowie PiS zażyczyli sobie obecności ministra, było spektaklem żałosnym. Przedmiotem indagacji były artykuły, jakie ukazały się w pro-PiS-owskich gazetach, odkrywające po raz kolejny, że przed objęciem urzędu był adwokatem i w związku z tym, jak to adwokat, prowadził różne sprawy. A przy okazji to i owo podkoloryzowano, sprawy karne pomieszano z gospodarczymi, wszędzie węszono podstęp, spisek i niegodziwość, czyli utrzymano się w poetyce, do której już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Wiemy to nie od dziś, że według PiS, jeśli już prawnik miałby zostać ministrem sprawiedliwości, to nie może on być sędzią (chyba że nazywa się Kryże) ani adwokatem, może być co najwyżej aplikantem prokuratorskim i minister Ziobro właśnie w to kryterium idealnie się wstrzelił. Ćwiąkalski nie. Zarzucano też Ćwiąkalskiemu, że robi czystki w prokuraturze. Otóż odwołał on jak dotąd niestety tylko (mamy nadzieję, że jeszcze odwoła następnych!) trzech prokuratorów, co dla PiS oznacza, że robi czystki. Argumentacja, że w tejże prokuraturze jego poprzednik, niezapomnianej pamięci Ziobro odwołał 51 prokuratorów, posłów PiS nie przekonała. Długa, dwugodzinna dyskusja na posiedzeniu sejmowej Komisji Sprawiedliwości dotyczyła odtąd tak naprawdę tego, czy 51 to jest więcej niż 3, czy też może 3 to jednak więcej niż 51, czego z wielkim przekonaniem próbowali dowieść posłowie (a zwłaszcza dwie posłanki) PiS. Ciąg dalszy tych spektakli nastąpi, bo PiS już zapowiedziało, że będzie wzywało ministra na kolejne posiedzenia.
W międzyczasie rozpoczęła prace sejmowa komisja śledcza, która ma wyjaśnić, czy przy zakończonym samobójczą śmiercią zatrzymaniu byłej posłanki Barbary Blidy naruszono prawo.
Można mieć nadzieję, że komisja ujawni społeczeństwu patologiczne mechanizmy niedoszłej IV RP. Sejm powołał też drugą komisję śledczą, o przedmiocie badań, a w związku z tym o nazwie niemal tak długiej jak felieton, dlatego nazwy tej tu nie będę przytaczał. Ma ona, mówiąc krótko, zbadać, czy przy nieudanej akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa i prawie udanej przeciw b. posłance Sawickiej doszło do naruszenia prawa. Przy okazji komisja ma zbadać kilka innych drobniejszych spraw. Ale to już temat odrębny.

Wydanie: 4/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy