Renacjonalizacja na horyzoncie

Zapiski polityczne

Awantura wywołana w Sejmie przez Gabriela Janowskiego i Klub Ligi Polskich Rodzin ma głębsze podłoże niż działanie sprzeczne z zasadami regulaminowymi obrad. W Polsce narasta lęk przed depolonizacją państwa, na co w potocznych wyobrażeniach pojawia się coraz więcej dowodów. Trzeba jeszcze pamiętać, że w tradycji rodzinnej i obywatelskiej sporej części Polaków żywe są wspomnienia walki o zachowanie polskości ziemi, majątków, przemysłu i banków. Rozbiory ze swymi antypolskimi konsekwencjami nie odeszły w całkowitą niepamięć, a lektury szkolne niejedną obronę interesów polskich w Polsce przypominają i skłaniają do porównań.
Kolejne rządy lekceważą tę troskę Polaków o to, aby Polska była Polską, mają za nic narodowe lęki podsycane oczywistymi prawdami o wyprzedaży w obce ręce banków, przemysłu, handlu i spychaniu Polaków na podrzędne pozycje społeczne w przedsiębiorstwach zarządzanych przez obcych.
Można bez obawy o szerzenie kłamstwa powiedzieć, iż Polska za rządów tak zwanej komuny była bardziej polska niż obecna III Rzeczpospolita, ponoć wolna i niepodległa. W latach najgorszego stalinizmu pracowałem, po wyleceniu z posady asystenta na uniwersytecie, przez wiele lat w Wojewódzkiej Komisji Planowania Gospodarczego we Wrocławiu. Istotą naszej pracy było systematyczne odzyskiwanie od Armii Czerwonej należnego nam majątku. Te zabiegi wymagały wielkiej zręczności i cierpliwości, ale powoli w ręce polskie przechodziły szpitale, wpierw wojskowe, czerwonoarmiejskie, potem dzielnice miast, budynki użyteczności publicznej, szkoły itp. Z tymi szkołami zdarzył się śmieszny skandal. Ówczesne państwo dbało o laicyzację nauczania, aż tu nagle w statystykach pojawiła się informacja przerażająca władze centralne. Oto przybyło nam na Dolnym Śląsku kilkadziesiąt szkół jawnie kościelnych, tyle że protestanckich. Wdrożyłem dochodzenie i co się okazało. Armia Czerwona zawładnęła niepodzielnie kilkudziesięcioma poniemieckimi folwarkami, gdzie pracowali, jak dawniej, niemieccy robotnicy rolni, czyli fornale. Mieli oni liczne rodziny. Dla Sowietów było oczywiste, że muszą istnieć dla tych dzieci szkoły. Jedynymi ludźmi, którzy potrafili je prowadzić, byli niemieccy pastorzy, którzy nie porzucili swych owieczek w biedzie, jak to uczynili dawni nauczyciele, przeto szkoły stały się częścią protestanckich parafii. Gdy Armia Czerwona zwróciła Polsce te majątki, owe szkoły wyznaniowe trafiły pod opiekę Kuratorium Oświaty i zaczął się administracyjny korowód, co z tym zrobić. Jak to się mogło zdarzyć? – pytali zaniepokojeni nasi przełożeni. Problem sam się rozwiązał. Niemieccy pracownicy PGR-ów uwolnieni spod opieki Armii Czerwonej szybko wyjechali na Zachód, a do szkół przyszły polskie dzieci, przeważnie katolickich repatriantów ze Wschodu.
Nikomu z nas, zagospodarowujących Ziemie Odzyskane, nie mogło przyjść do głowy, że jeszcze za naszego życia spora część majątku wydartego Armii Czerwonej na rzecz państwa polskiego zostanie przez kolejne rządy tak łatwo sprzedana w niemieckie ręce. To samo uczucie niepokoju musi towarzyszyć tym wszystkim, którzy pracując przeważnie za marne grosze tworzyli nasz majątek narodowy, niebagatelny, choć nie zawsze dobrze zarządzany. Obecne masowe wyzbywanie się dorobku kilku pokoleń Polaków, za tanie pieniądze, otwiera tak zwanej opozycji wspaniałe pole do ataków na wywłaszczycieli narodu z jego dóbr i praw. Użyłem słów „tak zwanej opozycji” nieprzypadkowo – bowiem obawiam się, że my nie mamy w tej chwili opozycji zatroskanej wspólnie ze zwycięzcami ostatnich wyborów o przyszłe dobro kraju. Nasza tak zwana opozycja to przeważnie prawica, która nie może pojąć i wybaczyć narodowi swojej klęski wyborczej, przeto dyszy z nienawiści i płonie chęcią straszliwej zemsty. Prawica nie szuka wspólnego dobra Polaków, szuka i nieraz znajduje okazję do odegrania się, choćby kosztem Polski. Pal ją diabli, niech przepadnie, skoro nie jest nasza. Wraca nieustannie pytanie: jaka Polska? Czy też czyja Polska? Jednakże zarówno przeciw prawicy, jak i lewicy rosną szybko inne siły, te same, które dawały o sobie znać już na I Zjeździe NSZZ „Solidarność” w gdańskiej Olivii, czyli „prawdziwi Polacy” w różnych odmianach. Ślepy jest ten, kto nie widzi, jak bardzo rosną siły populistyczne grające na różnych instrumentach pozyskiwania zwolenników. Ta jawna depolonizacja Polski jest jednym z głównych celów ataku.
Postępujące systematycznie wynaradawianie polskiej własności publicznej musi wcześniej czy później zrodzić ruch polityczny mający za program renacjonalizację utraconego majątku. Obym tego nie dożył, obym był złym prorokiem, ale nie wierzę w łatwe przyjęcie przez nasze społeczeństwo zjawiska kosmopolityzacji kraju. Prawdziwi Polacy różnych odmian będą na tym budowali swoje nacjonalistyczne programy polityczne i zagarną pod skrzydła sporą część społeczeństwa upokorzonego wspomnianą kosmopolityzacją stosunków gospodarczych.
Rzesza ludzi przekonanych, że Polakom pisany jest przez kolejne rządy los służby u zagranicznych, przeważnie niemieckich panów i nowych, rzeczywistych władców kraju – wcześniej czy później może, a nawet musi, zrodzić absurdalny renacjonalizacyjny bunt społeczeństwa. Oby ten bunt nie wygrał – gdyż grozi to odesłaniem elementarnej demokracji na długie lata do lamusa historii.
Piszę to wszystko nie po to, aby straszyć, lecz chciałbym przestrzec – kogo należy – przed widocznym zagrożeniem przyszłego losu Polski. Nastroje społeczeństwa, źle na dodatek informowanego o przebiegu procesów przekształceniowych, nie mogą nie być brane pod uwagę przy podejmowaniu przez rząd ważnych decyzji łączących się w szerokich kręgach społeczeństwa z lękiem o gospodarczą depolonizację kraju. Ktoś mi odpowie, że przecież kolejne rządy mają dobre intencje. Cóż z tego? Wszak to nimi, tymi wspaniałymi dobrymi intencjami władzy, są wybrukowane wszystkie narodowe piekła.

17 października 2002 r.

 

 

Wydanie: 42/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy