Lament kibica

Futbol jest tajemniczą dyscypliną sportową, nad którą już od niemal stulecia głowią się socjologowie i psychologowie społeczni pragnący zrozumieć, dlaczego 22 ludzi w kolorowych koszulkach biegających przez 90 minut za jedną piłką po porośniętym trawą boisku zdolnych jest podniecać emocje tłumów, powodować entuzjazm lub przygnębienie wpływające na losy państw i narodów, być przyczyną katastrof, walk ulicznych, korupcji i innych czynów karalnych z morderstwami włącznie. A wszystko to dotyczy całego świata, od Ziemi Ognistej po Alaskę.
Leo Beenhakker jest sześćdziesięciokilkuletnim Holendrem, trenerem piłkarskim o niezłej reputacji, który nawet początkującym drużynom z Czarnej Afryki zdołał wytłumaczyć, której bramki na boisku należy bronić własnym ciałem, a do której starać się wkopać piłkę, a także przekonać ich, że im dłużej mają piłkę pod swoimi nogami, tym krócej ma ją przeciwnik, choć też bardzo chciałby ją mieć.
Polska wreszcie jest krajem pozbawionym boisk piłkarskich oraz wysportowanej młodzieży, któremu brakuje pieniędzy na finansowanie sportu, ponieważ potrzebuje ich na widowiska patriotyczne, wizyty kolejnych głów Państwa Watykańskiego, zakup przestarzałych samolotów bojowych F-16 oraz wojnę w Iraku. Natomiast żyje legendą narodowej drużyny piłkarskiej sprzed lat 30, która była fenomenem i którą na żywo oglądali już tylko czcigodni starcy, jak niżej podpisany, chociaż tłumy wiernych kibiców wierzą, że było to wczoraj.
I oto z tych trzech klocków staramy się teraz ułożyć układankę, której dotychczasowym wzorem jest przegrana 1:3 z normalnie grającą drużyną Finlandii oraz remis 1:1 z marnie grającą drużyną Serbii. Poczynania Leo Beenhakkera, który podjął się uczynić z polską reprezentacją narodową to samo, co uczynił z reprezentacjami Togo, Zambii, Zimbabwe czy Gabonu – nie pamiętam dokładnie – obserwują krzywym okiem dotychczasowi selekcjonerzy polskiej reprezentacji narodowej, którzy osiągali takie same lub gorsze wyniki, za to posiedli teraz kolosalną zręczność w rysowaniu w telewizji strzałek, pokazujących, co powinniśmy byli zrobić, gdybyśmy potrafili.
Ujmującą nowością Leo Beenhakkera jest przekonanie, że wyjście z impasu zależy nie od rysowania strzałek, lecz od przebudowy psychiki polskiej reprezentacji, która w odróżnieniu od bezkrytycznych kibiców znajduje się jego zdaniem „po ciemnej stronie księżyca”.
I to jest powód, dla którego ja, zamiast pisać o Zycie Gilowskiej, próbach instalowania cenzury, oszukańczej ordynacji wyborczej czy terrorze zapowiadanym w szkołach, piszę o futbolu.
Ponieważ przebudowa psychiki polskiej reprezentacji piłkarskiej jest tematem pasjonującym, którego korzenie sięgają niezwykle głęboko, zarówno polskiej psychiki narodowej, jak i psychiki sportu piłkarskiego.
Pierwsze moje spotkanie z futbolem miało miejsce w ciemną noc okupacji hitlerowskiej, kiedy w parku Żeromskiego na Żoliborzu odbywały się mecze z udziałem drużyny Promyk, której filarem był Olgierd Budrewicz, później znany reporter, na bramce stał Witek Różycki, późniejszy dziennikarz sportowy, a datki na potrzeby Promyka zbierała wśród widzów późniejsza Hanka Budrewiczowa, późniejszy stomatolog. Mecze Promyka z innymi podobnymi drużynami kończyły się zwyczajowo łapanką, w wyniku której Niemcy wywozili złapanych kibiców do Oświęcimia czy gdzie tam chcieli, należało więc mieć swoją dziurę w płocie, aby wiadomo było, którędy uciekać.
Obecnie oglądam, jak brazylijscy piłkarze Legii, klubu, do którego należałem, przegrywają z Brazylijczykami Szachtara z Doniecka, ponieważ Szachtar miał więcej pieniędzy na kupienie lepszych Brazylijczyków niż ci, na których stać było właścicieli Legii. Ale ani drożsi Brazylijczycy z Doniecka, ani też nasi tańsi Brazylijczycy z Legii z pewnością nie wiedzą nawet, że Szachtar znaczy po ukraińsku górnik, a Legia znaczy tradycję polskiego futbolu i była klubem wojskowym, jak Legiony.
Jeszcze jakieś ćwierć wieku temu dziwiono się, że Anglia, ojczyzna futbolu, dość słabo wypada w igrzyskach międzynarodowych, ponieważ cała uwaga Anglików skupiona jest na wyspiarskich rozgrywkach ligowych, uważanych za ważniejsze, bo w rozgrywkach tych nasi chłopcy z Liverpoolu grają z naszymi chłopcami z Manchesteru o prestiż tych miejscowości, tak jak Promyk w przerwach między łapankami grał o prestiż Żoliborza. I że w razie przegranej nie poda się im piwa w pubie.
Obecnie w Liverpoolu, Manchesterze, Barcelonie, Sewilli, Mediolanie i wszędzie indziej grają kupieni gdzieś Brazylijczycy, Finowie, Ukraińcy, a nawet Polacy, a nazwy tych drużyn oznaczają wyłącznie konta bankowe, z których opłaca się zakupy i transfery. Światowy futbol, wznosząc się na szczyty widowiskowości, stał się zarazem międzynarodowym cyrkiem, w którym treser jest Niemcem, woltyżerka Serbo-Chorwatką, a komik niemową.
Handel zawodnikami rozbija też reprezentację narodową, w której grają gastarbeiterzy. Pracują oni w klubach, które ich kupiły, a w reprezentacji „występują”. Nie jest żadnym przypadkiem, że dwie bramki w naszych dwóch meczach strzelili debiutanci, a więc gracze, których cena jest jeszcze nieustalona i którzy plączą się po polskiej lidze, czekając na jakiś wyjazd.
Można by się jednak spodziewać, że ci nasi reprezentanci, których kupiły dobre zagraniczne kluby, jak bramkarza Dudka, i którzy zarabiają w ten sposób niewyobrażalne pieniądze, będą grać dobrze, ponieważ za granicą nauczono ich futbolu. Ale jest to złudzenie, ponieważ są oni Polakami, rozsadza ich duma narodowa i megalomania. W zagranicznych więc klubach grają źle, kłócąc się o pieniądze, i bardzo szybko siedzą na ławce rezerwowych, a ich pracodawcy marzą tylko o tym, aby się ich pozbyć.
Finowie, którzy ośmieszyli nas w Bydgoszczy, też grają w zagranicznych świetnych klubach, ale żaden z tych Finów nie jest potomkiem hetmanów, nie płynie w nim krew praojców, więc Fin taki pracuje jak drwal, ciężko, solidnie i do skutku.
30 lat temu, pamiętam, oglądaliśmy zbiorowo w telewizji któryś z ważnych meczów polskiej reprezentacji z czasów Górskiego i przed meczem kamera pokazała, jak masażysta masuje łydki Laty, Dejny, Szarmacha, Gadochy czy Tomaszewskiego. – I pomyśleć – westchnął wówczas Andrzej Łapicki – że w każdej z tych łydek jest Orzeł Biały.
Był.
Dziś jest kontrakt i polisa ubezpieczeniowa. Jedynym zaś ułanem, który rzuca się głową w przepaść i nie bacząc na nic chce zmienić psychikę polskiej reprezentacji narodowej, jest Leo Beenhakker, sześćdziesięciokilkuletni Holender, który nie wie, co czyni.

Wydanie: 37/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy