Wołyński węzeł gordyjski

Wołyński węzeł gordyjski

Była zbrodnia, ale zbrodniarzy nie ma. 70 lat po bestialskim ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej potomkowie ofiar ciągle nie mogą się doczekać słów prawdy ze strony najwyższych władz własnego państwa. Taki polski paradoks. Wszyscy wiedzą, że to było ludobójstwo, bo masowo mordowano dzieci i kobiety tylko dlatego, że były pochodzenia polskiego. A jednak aktualnie rządzący Polską co rusz wymyślają nowe eufemizmy. Byle tylko jeszcze odwlec tę ocenę, która i tak jest nieuchronna. Ci sami politycy, którzy w przypadku innych zbrodni popełnionych w czasie wojny podkreślają potrzebę mówienia prawdy, bo tylko prawda może nas wyzwolić i oczyścić relacje między ludźmi i narodami, w tym przypadku głoszą, że prawda o ludobójstwie na Wołyniu wręcz szkodzi. Szkodzi stosunkom z Ukrainą, z trudem odnajdującą się w samodzielnej roli. To bardzo bałamutne i krótkowzroczne spojrzenie. Bo taka postawa bardziej szkodzi naszym relacjom niż powiedzenie pełnej prawdy. A tej nie da się w dzisiejszym świecie schować do wora niepamięci. Rzeź wołyńska, przez lata nieobecna w polskiej świadomości historycznej, powoli przebija się do naszego społeczeństwa. Internet przełamuje tę ostatnią barierę, którą jest kunktatorskie i nieuczciwe zachowanie naszych władz.
A martwiącym się o relacje z Ukrainą dedykuję słowa płk. Jana Niewińskiego, przewodniczącego Kresowego Ruchu Patriotycznego, byłego komendanta placówki AK i Polskiej Samoobrony Kresowej we wsi Rybcza na Wołyniu. „To nie Ukraińcy dopuścili się zbrodni na Polakach, tylko OUN-UPA, która oprócz ok. 150 tys. Polaków wymordowała też ok. 80 tys. swoich rodaków”. Płk Niewiński ówczesną postawą i troską o pamięć ofiar zasługuje na to, by prezydent Komorowski mianował go na stopień generała. Byłby to symboliczny, ale ważny gest wobec tych środowisk.
To, na czym środowiskom kresowym najbardziej zależy, to przywracanie pamięci. Wydawałoby się więc, że naturalnym sojusznikiem powinien być dla nich Instytut Pamięci Narodowej. Ale IPN zajęty innymi sprawami – aż wstyd je wymieniać – tę największą, najboleśniejszą i najtragiczniejszą traktuje ze zdumiewającą opieszałością. Śledztwa w sprawie mordów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej trwają po kilkanaście lat, ale nie ma ani jednego aktu oskarżenia. Brak umów z Ukrainą sprawia, że postępowania są umarzane. We Wrocławiu przesłuchano 2 tys. świadków, akta zaś liczą 123 tomy. I co z tego, mam ochotę zapytać, gdy słyszę, że po tylu latach nie mamy nawet pełnej listy miejscowości, w których dokonywano rzezi. Oficjalnie mówi się, że było ich 2,5 tys., a środowiska kresowe przypominają, że zaatakowanych wsi było o tysiąc więcej. Ale to już nie jest polityka. To zwyczajne nieróbstwo ze strony IPN.
Pisanie o Wołyniu przypomina walenie głową w mur obojętności i niewiedzy. I w mur świadomego fałszowania historii. Choć, bardzo powoli, coś się w Polsce zmienia. Coraz więcej ludzi, w tym także ze świata polityki, rozumie, że na tej amnezji i półprawdach nie da się zbudować trwałego pojednania z Ukrainą. Trzeba ważyć słowa, mówiąc o tamtej tragedii. Ale ważąc słowa, trzeba też poruszać się w obszarze prawdy. Jakkolwiek gorzka by ona była.

Wydanie: 28/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy