Wojna czysta

Wojna czysta

Wojna Stanów Zjednoczonych z Irakiem będzie przynajmniej zrozumiała, a pod względem moralnym czystsza niż łżehumanitarna wojna z Serbią o Kosowo.
„Społeczność międzynarodowa” mogła narodom byłej Jugosławii zaoszczędzić straszliwych doświadczeń, gdyby zdecydowała się na zbrojną interwencję w momencie rozpadania się Federacji i początków walk między Serbią, Chorwacją i Bośniakami. Interwencja przyszła za późno, właściwie gdy było prawie po wszystkim i chodziło już tylko o zmianę reżimu w Serbii. Ta wojna budziła odrazę nie dlatego, że poniewczasie karano wszystkich Serbów (może na to zasłużyli), lecz z powodu niesamowitego nagromadzenia kłamstw na temat sytuacji w Kosowie. W chwili gdy Serbowie byli tak samo ofiarami sytuacji jak Albańczycy, w świat poszła propaganda, że Serbowie dokonują czystek etnicznych i ludobójstwa na Albańczykach. I ta wersja przyjęła się w Europie. Gdy ktoś dowodzi, że nie było czystek etnicznych w Kosowie, słyszy w odpowiedzi, że „cały świat wie”, że były. A jednak cały świat nie był obecny w Kosowie – w kulminacyjnym momencie wydarzeń pozostał na miejscu tylko jeden dziennikarz kanadyjski i tylko on wie, co tam się działo, a nie cały świat. Ten naoczny świadek twierdzi, że czystek Serbowie nie robili.
Amerykanie (formalnie NATO) wzięli w zastaw serbskie mosty, gmachy publiczne, zakłady petrochemiczne i elektrownie, a także ludność Serbii jako zakładników. Gdy Miloszević, rejestrując bombardowania, przekonał się, że to nie żarty, spełnił postawione Serbii żądania. Jednym z najważniejszych było ustąpienie Miloszevicia. W końcu ten wielki drań musiał przekazać władzę małym łajdakom. Tę wojnę, która może miała jakieś uzasadnienie, spowito szczelnie w humanitarystyczną interpretację, która pod względem kłamliwości nie ustępuje temu, co w podobnych okolicznościach głosiła dawniej propaganda radziecka.
Powody do wojny z Irakiem są oczywiste, nie ma potrzeby kłamać. Wybór pretekstu jest dobrym prawem strony zaczepnej i nawet gdyby był całkowicie zmyślony, może być wystarczający. Irak jest najgroźniejszym wrogiem Izraela, może mieć środki szkodzenia, a z pewnością chce szkodzić. Stany Zjednoczone są odpowiedzialne za bezpieczeństwo Izraela i byłoby wielkim ryzykiem z ich strony, gdyby zaniechały wojny prewencyjnej. W grę wchodzą tu stawki, w porównaniu z którymi wojna o Kosowo w ogóle się nie liczy.
Od tego momentu proszę uważać. Amerykanie stawiają Irakowi żądanie, aby pozbył się Saddama Husajna i się rozbroił. Irakijczycy, przynajmniej ci, co mają coś do gadania w tym kraju, mówią, że spełnienie tych żądań byłoby hańbą i tchórzostwem. Na to Amerykanie: Jeżeli będziecie kierować się rozsądkiem, nie będzie to hańbą. Nie idzie tu bowiem o współzawodnictwo w odwadze między dwiema równymi sobie pod względem sił stronami. Nie myślcie o hańbie, lecz raczej zastanówcie się nad ocaleniem i nie stawiajcie oporu o wiele silniejszemu przeciwnikowi. Odpowiadają Irakijczycy: Wiemy jednak, że wypadki wojenne przybierają niekiedy inny obrót, niżby to wynikało z wzajemnego stosunku sił. Dla nas natychmiastowe ustąpienie oznacza utratę wszelkich szans, z czynnym zaś wystąpieniem związana jest jeszcze pewna nadzieja ocalenia. Amerykanie: Oczywiście, nadzieja jest dla ludzi pociechą w niebezpieczeństwie. Tych, którzy mają dostateczne zasoby, nie przywodzi do zguby, choćby im nawet wyrządziła szkodę, jednakże tym, którzy cały swój byt rzucają na szalę – nadzieja bowiem z natury swojej jest rozrzutna – odsłania swą nicość dopiero wtedy, gdy upadną i kiedy spostrzegą, że nie ma już dla nich ratunku. Wy, którzy jesteście słabi i których los się waży, starajcie się więc tego uniknąć. Irakijczycy: I my również, wiecie o tym dobrze sami, uważamy za rzecz ciężką podejmować walkę z tak nierównymi siłami przeciwko waszej potędze i waszemu szczęściu. Wierzymy jednak, że jeśli idzie o szczęście, to Bóg użyczy nam go w nie mniejszej mierze, ponieważ w słusznej sprawie podejmujemy walkę. Amerykanie: My również sądzimy, że nie zabraknie nam życzliwości Boga. Nie domagamy się bowiem ani nie czynimy nic takiego, co by się sprzeciwiało przyjętym wyobrażeniom i ludzkim skłonnościom. Sądzimy bowiem, że ludzie z powodu wrodzonych sobie cech, całkiem jawnie, wszędzie i zawsze rządzą tymi, od których są silniejsi. Również nie my wymyśliliśmy to prawo i nie my pierwsi zaczęliśmy je stosować. Wiemy również, że i wy, i wszyscy inni, mając potęgę równą naszej, postąpiliby tak samo. Nie powodujcie się uczuciami wstydu czy honoru, które w niebezpieczeństwach jawnych i grożących hańbą wielu doprowadziły do zguby. Na ogół bowiem ludzie dają się zwieść słowu „hańba” i chociaż widzą, do czego to ich prowadzi, ulegają sile tego wyrazu, rzucając się dobrowolnie w otchłań niepowetowanych nieszczęść i ściągając na swą głowę z braku rozwagi jeszcze większą hańbę. Lecz wy unikniecie tego, jeśli poweźmiecie słuszną decyzję i jeśli uznacie, że nie jest hańbą ustąpić przed najpotężniejszym państwem, które stawia wam warunki. Dopiero teraz zaczynacie posługiwać się argumentem prawa i sprawiedliwości, którego nikt jeszcze nigdy nie postawił przed argumentem siły i który jeszcze nigdy nikogo nie pohamował w pędzie zdobywczym, jeżeli się zdarzyła do tego sposobność. Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zabezpieczyć; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują.
Takim szlachetnym tonem mogliby przemawiać Amerykanie, gdyby znajdowali się na poziomie moralnym starożytnych Ateńczyków, których słowa skierowane do Melijczyków w przeddzień wojny z nimi przytoczyłem za Tukidydesem. Największą moralną „szkodą uboczną” wojny z Irakiem byłoby nazwanie jej interwencją humanitarną.

 

Wydanie: 5/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy