Śmierć i młot

Śmierć i młot

We wspomnieniach z Sachsenhausen („From Day to Day”) pisze Odd Nansen (1901-1973), architekt, obrońca Żydów, współzałożyciel UNICEF, syn Fridtjofa, słynnego polarnika (tłumaczenie tekstu podaję za Mieczysławem Grydzewskim): „Co niedziela odbywają się tutaj mecze piłki nożnej. (…) Wczoraj byłem świadkiem typowej idylli sachsenhauseńskiej. Gdy mecz piłki nożnej znajdował się w punkcie kulminacyjnym, zjawiło się dwóch więźniów z ciałem na noszach. Szli wzdłuż boiska, koło wyjących widzów. Nagle wielce zainteresowali się meczem. Postawili nosze z trupem i zaczęli śledzić grę. Kiedy dramatyczna chwila minęła, podnieśli nosze i kontynuowali drogę do kostnicy…”.

Absurdalnie i smutno przypomina nam to dopiero co minione igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro. Fala uchodźców obija się o nieprzyjazne brzegi Europy; Państwo Islamskie upokarza i morduje mieszkańców całych regionów; Erdog˘an wrzuca do tureckich więzień (a jak one wyglądają, wiemy chociażby z filmu „Midnight Express” Alana Parkera) dziesiątki tysięcy ludzi; w Korei Północnej, żeby tylko ją wymienić, torturują każdego o niesłusznych poglądach. W Afryce wciąż trwa kilkadziesiąt wojenek. „To los barbarzyńców / Rozprawiać się krwawo. / Nie im demokracja, / Bo obce im prawo”. Co nas to wszystko obchodzi? Radio o czym innym, telewizja o czym innym, prasa o czym innym. Co nas to wszystko obchodzi? Nosze z trupami odstawiliśmy na bok. Ważne jest tylko, czy nasz wioślarz przypłynie łódką o setną sekundy szybciej niż przeciwnik. Od tego zależą nagle losy państwa i narodu. Nosze stoją z boku i w słońcu zwłoki zaczynają się powoli rozkładać. Po co pamiętać o takich nieprzyjemnych i teraz nieistotnych sprawach?

Nasz narodowy miotacz i stuprocentowy faworyt Paweł Fajdek zawiódł. Rzucił młotem (to taka kula na stalowej lince – replika broni starożytnych Celtów) o parę metrów za blisko i nie wszedł nawet do grona superasów. Skulił się potem na brazylijskim piasku i płakał rzewnymi łzami. Ja go nawet dobrze rozumiem. Kiedy człowiek przygotowuje się latami do upragnionej przez siebie chwili i nagle coś staje na przeszkodzie… Jak było z Miriamem (Zenonem Przesmyckim), gdy w 1933 r. wybrano go do upragnionej Polskiej Akademii Literatury i pojechał do Paryża wygłosić swoje pierwsze przemówienie w nowej roli, opowiada Antoni Słonimski: „Lekkomyślnie nie zawahał się mówić z pamięci. I stała się rzecz okropna. Po paru pierwszych zdaniach zaniemówił. Stał na katedrze i milczał. Lechoń, który mi to opowiadał, poszarpał ze zdenerwowania chustkę do nosa. W miarę jak milczenie się przedłużało, ktoś histerycznie zaszlochał, jakaś pani zemdlała i spadła z krzesła. Publiczność zaczęła wychodzić. Wtedy i on zszedł z katedry i opuścił salę. Takie sceny ludziom zdarzają się we śnie. (…) Ale to było na jawie i do tego u obcych! W jego ukochanym Paryżu. Na Sorbonie!”. Dziś, gdy wspominam Miriama, boli mnie do żywego sama myśl o tym, co musiał wtedy przeżyć. Podobnie rzecz się miała z Fajdkiem. Na domiar złego działo się to na olimpiadzie, na ekranach telewizorów pięciu kontynentów. Wierzę święcie, że w chwili napięcia ktoś histerycznie zaszlochał, a jakaś pani zemdlała i spadła ze stadionowej ławki, która na szczęście nie jest wysoka. Jednak płacz, wielki narodowy płacz, który dobiegł nas zaraz z przemówień ważnych postaci i mediów wszelakich, nie miał już nic wspólnego ze współboleniem z Fajdkiem. Rozpaczano po utraconym, a tak pewnym wydawałoby się medalu, po tym, że nasza polska góra urodziła mysz, ale przede wszystkim użalaliśmy się nad sobą samymi.

Pisał Henryk Sienkiewicz o igrzyskach rzymskich: „Czekano też z biciem serca, a nawet i trwogą, na ukazanie się szermierzy i niejeden czynił głośne śluby bogom, by zjednać ich opiekę dla swojego ulubieńca”. Kalendio pokonuje Lania. „Cały cyrk począł się trząść od oklasków i ludzkiego ryku. Dla tych, którzy trzymali za Kalendiem, był on w tej chwili większy niż cezar…”. Ursus rozprawił się z turem. „A amfiteatr oszalał. Ściany budynku poczęły drżeć od wrzasku kilkudziesięciu tysięcy widzów. Ów olbrzym stał się teraz drogim dla tego rozmiłowanego w sile fizycznej ludu i pierwszą w Rzymie osobą”. Najpierw Kalendio, potem Ursus, dla nas miał być Fajdek. W gruncie rzeczy ta sama idolatria. Tylko że Fajdek przegrał. Nie dość, że popsuto nam widowisko, to jeszcze co najmniej na cztery lata zabrano bóstwo. O biedni my. I jak tu nad sobą nie popłakać.

Kościół katolicki wysyła kibolom duszpasterzy. Znaj proporcją, mocium panie. Przy rozmiarach, jakich nabrał sport w naszym życiu społecznym, przy zatracie wszelkich w tej mierze proporcji, jest to skazywanie księży na syzyfowe prace. Może i pójdzie czereda, gdy nic ważniejszego w programie nie będzie, na pielgrzymkę do Częstochowy. Gdyby tak jednak wrócił do Lecha Lewandowski i strzelił Legii cztery bramy, zaraz by się okazało, kto ważniejszy: Lewandowski czy Jezus Chrystus. Przynajmniej tym razem dla poznaniaków. Wystarczy zresztą mecz w Sachsenhausen, żeby nosze stanęły z boku. Wystarczy parę centymetrów na rzutni.
Śmierć i młot.

Zaś nieznanej w Polsce postaci Odda Nansena należałby się odrębny artykuł.

Wydanie: 36/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy