Nieśmiertelność

Nieśmiertelność

Czasami trzeba tłumaczyć jak małym dzieciom. Kazimierz Wielki miał jednocześnie (sic!) trzy ślubne żony: Adelajdę Heską, Krystynę Rokiczańską i Jadwigę Żagańską. Każde z tych małżeństw było pobłogosławione w kościele. Ta trzecia (co za dużo, to niezdrowo) tak dalece rozzłościła papieża Urbana V, że wysłał do króla bardzo ostry list, w którym wyliczył również przeszłe królewskie grzeszki. Kazimierz rzeczywiście nie był wielbicielem szóstego przykazania. Żony też mu nie wystarczały. Do swoich zamków i dworów sprowadzał dziesiątki nałożnic. „Osadzał te kobiety – pisze kronikarz – w Opocznie, Czchowie, Krzczowie i z nich jakby domy nierządne potworzył”. Już zimą 1349 r. usiłował wyperswadować władcy taką nieprzystojność krakowski wikary katedralny, ksiądz Marcin Baryczka. Monarcha wysłuchał uważnie wszystkich argumentów, po czym kazał kaznodzieję utopić w przerębli na Wiśle, a sam udał się na igraszki z kochanką Esterką, która skądinąd była Żydówką.

Adam Mickiewicz raczej nie zapisał się w historii jako tytan intelektu. Jego wykłady w Collège de France były na krawędzi kompromitacji. Dał się omotać dziwacznemu sekciarzowi Towiańskiemu. W Rosji nawiązywał zgoła podejrzane przyjaźnie i bywał na jeszcze bardziej podejrzanych salonach. Żonę, Celinę Szymanowską, która denerwowała go nieustanną grą na fortepianie, a jeszcze bardziej rozrzutnością, wsadził do szpitala wariatów (tak wtedy nazywano tę szlachetną psychiatryczną instytucję), gdzie „leczono” polewaniem zimną wodą, straszeniem, bezsennością itp., o czym oczywiście mógł nie wiedzieć, gdyż nie zniżał się do odwiedzania nieszczęśnicy. Do powstania listopadowego „nie zdążył”, choć trwało prawie rok, a on przebywał w tym czasie w Rzymie, czyli nie na antypodach. Kiedy w końcu się ruszył, jechał do Polski przez Genewę i Paryż – po drodze mu było.

Mimo to zarówno Kazimierz Wielki (już sam przydomek mówi wszystko), jak i Adam Mickiewicz weszli do panteonu historii narodowej i błaznem byłby każdy, kto by chciał ich stamtąd usuwać. Albowiem liczy się bilans. Czasami jest on trudny do ustalenia, powikłany, skomplikowany, jak choćby w przypadku króla Stanisława Augusta Poniatowskiego czy margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, i zapewne historycy będą się oń spierać aż po kraj mogiły. Niekiedy jednak, jak w przytoczonych przykładach, ów bilans jest jasny i ostateczny. I tak jest właśnie, moi milusińscy z IPN czy PiS, z niejakim Lechem Wałęsą.

Mógł być Wałęsa przez jakiś czas „Bolkiem”, mógł skakać przez inne płoty, niż dzisiaj przewodnicy pokazują, mógł niepotrzebnie wywoływać „wojnę na górze”, mógł – co jest zapewne największą jego przewiną w oczach i zwolenników, i przeciwników – nie docenić mrocznego sprytu i żądzy władzy braci Kaczyńskich, mógł się otaczać dziwnymi Wachowskimi i Cybulami… Cały kraj śmiał się do łez z jego „Ani be, ani me, ani kukuryku”, „Jestem za, a nawet przeciw”, „Nie chcę, ale muszę”, „Zdrowie wasze w gardła nasze!”, „Jest remis, więc nie przegrałem”, „Mam dość słuchania, że obiecałem, a nie dałem”. To wszystko odejdzie w niepamięć lub znajdzie się pod lipą w formie anegdoty. Pozostanie ten, którego jako swojego przywódcę wynosili robotnicy na ramionach ze stoczni, człowiek, który nie dał się przekupić ani zmanipulować w Arłamowie, z którego imieniem związane jest przede wszystkim rozdarcie żelaznej kurtyny, pierwszy prezydent nowej Rzeczypospolitej. Człowiek symbol. Już to musi budzić w Polsce zawiść. Nienawiść zaś fakt, że będąc ongiś w centrum wydarzeń, wie lepiej niż ktokolwiek, kto i w jakiej mierze do nich się przyczynił. Próbowano go najpierw umniejszyć przez wysuwanie niedopieszczonych kontrkandydatów. Że to nie jego zasługi, ale Walentynowicz, Gwiazdy, aż dziw, że nie Mateusza Morawieckiego. Potem przyszedł czas na opluwanie – z małego i krótkotrwałego „Bolka” zrobił się nagle groźny agent. Mało co, a wyrósłby nam Wallenrod na odwyrtkę, który udając męża opatrznościowego, podkłada pod Solidarność czerwone komunistyczne bomby. Jeżeli nikt nie odważy się skasować niesławnego IPN, wkrótce takim będzie w polskich podręcznikach szkolnych.

Tym jednak przesadnie bym się nie przejmował. Kłamstwa i złość IPN mają ograniczony zasięg i bardzo przejściowe oddziaływanie. Pamięć zbiorowa Europy przechowuje i przechowa nazwisko Wałęsy pośród najważniejszych w naszych czasach. Jeden tylko rodzi się problem. Oto coraz częściej spotykam się we Francji (i nie tylko) z pytaniami inteligentnych ludzi: „Macie postać, która – rzecz wyjątkowa – budzi międzynarodowy podziw i konsensus. Zamiast się nią chwalić, budować pomniki, usiłujecie, na szczęście głupio i nieudolnie, pluć na nią i deptać. Co wam do głowy strzeliło?”. Pytanie to przekazuję niemiłościwie nam panującym. Niby dziecko by zrozumiało, ale może do starszaków jeszcze nie dorośli.

Wydanie: 45/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy