Życzeniowa polityka wschodnia

Życzeniowa polityka wschodnia

Nie dopuszczamy do świadomości faktów, które są trudne do pogodzenia z naszymi życzeniami i wyobrażeniami. Nie chcemy wiedzieć ani rozumieć, co naprawdę się dzieje za wschodnią granicą, chcemy tylko potwierdzenia tych życzeń i wyobrażeń.
W polskich mediach euforia. „Ukraina poszła do urn”, „Ukraina zagłosowała za stabilizacją i zbliżeniem z Europą”, „Ukraina wybrała prozachodni kurs”, „Ukraina mówi NIE Putinowi” – to pierwsze z brzegu gazetowe tytuły. O wypowiedziach polityków w mediach nawet nie wspominam. Radość powszechna i entuzjazm. Niestety, znacznie większe niż na Ukrainie. W tym bezrefleksyjnym zgiełku znikają z pola widzenia jakże istotne dla całości obrazu fakty. Po pierwsze, wybory nie odbyły się na terenach będących pod kontrolą separatystów ani oczywiście na Krymie. Po drugie, tam, gdzie się odbyły, frekwencja wyniosła zaledwie 52%. Po trzecie, nowych twarzy w polityce ukraińskiej, szczególnie w parlamencie, niewiele. Za to dużo starych pod nowymi szyldami. Oligarchowie trzymają się mocno. Kto ma zmieniać ukraińską politykę, walczyć z korupcją, reformować państwo? Prezydent Petro Poroszenko, którego partia zdobyła ponad 21% głosów, wespół z premierem Arsenijem Jaceniukiem, którego Front Ludowy zdobył nawet, zdaje się, ciut większe poparcie i zapewne stworzą koalicję (oby trwalszą niż ta Juszczenki i Tymoszenko po pomarańczowej rewolucji)?
Obydwaj „nowi” przywódcy są w ukraińskiej polityce od lat 90. Obaj piastowali już najwyższe stanowiska państwowe, należeli więc do elity władzy. Jaceniuk był już deputowanym do Rady Najwyższej, ministrem gospodarki, ministrem spraw zagranicznych, a nawet przewodniczącym parlamentu. Poroszenko był deputowanym do Rady Najwyższej, ministrem rozwoju gospodarczego i handlu, ministrem spraw zagranicznych. Każdy ma też doświadczenia w biznesie. Poroszenko dorobił się tytułu króla czekolady, Jaceniuk w latach 90. prowadził firmę prawniczą zajmującą się prywatyzacją przedsiębiorstw państwowych. Obaj są w jakimś stopniu odpowiedzialni za stan ukraińskiego państwa i gospodarki.
Można wierzyć, że do pozycji potentata w branży spożywczej na Ukrainie dochodziło się, żyjąc oszczędnie, jeśli tylko matka lub babcia dorzuciły coś ze swojej emerytury. Gospodarcze imperium dało się budować, nie płacąc łapówek, nie wchodząc w żadne układy ze skorumpowaną władzą. Można wierzyć, że prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych wbrew temu, co złośliwie twierdzą niektórzy, nie była rozkradaniem państwa, tylko słusznym, uczciwym i pod każdym względem przejrzystym procesem przechodzenia od gospodarki komunistycznej do wolnorynkowej. Tylko jeśli tak rzeczywiście było, to może niczego nie trzeba reformować ani uzdrawiać? A co do tego, że reformować i uzdrawiać trzeba, wszyscy są zgodni. No więc jak?
Niewątpliwie jest i druga strona medalu. Z pewnością Poroszenko i Jaceniuk znają mechanizmy władzy, słabe punkty państwa i jego gospodarki. Ich formalnych kompetencji nikt nie kwestionuje. Jeśli nawet założymy, że mają oni wolę reformowania kraju, konieczne jest jeszcze społeczne poparcie. Czy będą je mieli? Pomijając sytuację na wschodzie Ukrainy (wynik wyborów potwierdził nolens volens jej rozdarcie, co jakoś umknęło uwadze naszych komentatorów), do wyborów poszło tylko 52% uprawnionych. A stało się to w sytuacji zagrożenia jedności terytorialnej państwa, a nawet jego suwerennego bytu, przy trwającej na wschodnich terenach wojny. Takie sytuacje nadzwyczajne z reguły mobilizują społeczeństwo, co odbija się na frekwencji wyborczej. Tu nie zmobilizowało. Michał Boni, który z ramienia OBWE obserwował wybory na Ukrainie, podzielił się z „Gazetą Wyborczą” swoimi uwagami: „Ani trochę nie przypomina to atmosfery wyborów z 4 czerwca 1989”. Dodawał, że Ukraińcy nie wykazywali ani entuzjazmu, ani optymizmu. Nacisku na władzę, aby reformowała kraj, to społeczeństwo chyba nie wywrze. Nie jestem nawet pewien, czy pozwoli na reformy. Bo one muszą być bolesne. Trzeba drastycznie ograniczyć wydatki z budżetu, zamrozić płace, renty i emerytury, które dotąd były więcej niż skromne, a w dodatku wartość hrywny w stosunku do dolara spadła niemal o połowę. Trzeba podnieść ceny energii, a w gospodarstwach domowych zainstalować liczniki gazu.
Jak będzie wyglądała walka z korupcją, prowadzona zresztą równolegle z „wojną na teczki”, bo Ukraina właśnie zafundowała sobie lustrację?
Życzę Ukraińcom, aby im się powiodło. Alternatywa to kompletny chaos w państwie i masowe protesty społeczne. W takiej zaś sytuacji do głosu dojdą skrajni populiści i nacjonaliści. Ci ostatni nie weszli wprawdzie do Rady Najwyższej, ale tym głośniej będą mogli protestować na Majdanie, solidaryzując się ze „zdradzonym ludem” jako siła antysystemowa.
Do naszych polityków i dziennikarzy zaczyna, zdaje się, docierać, że rozwiązanie kryzysu ukraińskiego wymaga bezpośrednich rozmów Kijowa z Moskwą, a świat zachodni może tu co najwyżej pomagać i mediować. Więcej – zaczyna docierać to, że Kijów nie chce naszego udziału w mediacji, co wywołuje zdumienie i melancholię. Dlaczego nas nie chcą, nas, najgłośniej krzyczących na Putina? Nie wiecie? Właśnie dlatego. Ukraińcy muszą się dogadać z Rosją, to było jasne od początku. Nasz antyrosyjski radykalizm mógłby tylko zaszkodzić w rozmowach i utrudnić porozumienie tak konieczne dla Ukrainy. A co poza antyrosyjską retoryką, akurat w tej sytuacji niepożądaną, możemy dać Ukrainie? Pomoc materialną? Możemy jej sprzedać węgiel droższy od rosyjskiego. Ukraina wymaga potężnej pomocy zagranicznej, może ją dostać albo od Unii Europejskiej, albo od Rosji. Musi więc grać między jedną a drugą. Najlepsze, co możemy w tej sytuacji zrobić, to nie przeszkadzać. I zabiegać, by Unia dała jak najwięcej. Możemy także spokojnie się zastanowić, w czym realnie jesteśmy w stanie pomóc Ukrainie.

Wydanie: 45/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy