Jakość życia, a nie wzrost

Jakość życia, a nie wzrost

Jeszcze się z tym nie pogodziliśmy, ale trwający 200 lat okres wzrostu ekonomicznego dobiega końca. Zainicjowany rewolucją przemysłową, wzmocniony rozwijającym się kapitalizmem, staje się powoli niemożliwy. Okazuje się, że rację mieli autorzy raportu Klubu Rzymskiego, którzy już w latach 70. XX w. pisali o „granicach wzrostu”. Nikt wtedy nie traktował ich serio. Dziś widać, że niesłusznie. Wzrost przestaje być możliwy przede wszystkim ze względów ekologicznych. Planeta go dłużej nie wytrzyma. Przez jakiś czas będziemy się łudzili, że wciąż jest on możliwy, gdy tylko zostanie oparty na „zielonej energetyce”. Wreszcie jednak zrozumiemy, że i ona nie jest cudownym lekiem na ograniczone zasoby Ziemi, choćby dlatego, że nie usuwa pozaenergetycznych problemów wzrostu, np. kwestii odpadów i braku wody.

Sytuacja ta rodzi wiele problemów, jednym z najważniejszych są światowe nierówności. Z pewnością łatwiej będzie się pogodzić z kresem wzrostu tam, gdzie przyniósł on dobrobyt, niż tam, gdzie jest takiego dobrobytu obietnicą. Na tę sytuację jest tylko jedno lekarstwo – inny podział bogactwa. I to zarówno pomiędzy regionami globu, poszczególnymi krajami, jak i wewnątrz nich.

Do tego musi dojść jeszcze zmiana priorytetów. Na plan pierwszy musi się wysunąć kwestia jakości życia. No tak, ale jak zapewnić jego wysoki poziom bez wzrostu? W krajach biednych będzie to trudne, w bogatych (jak rozwinięte kraje Zachodu) lub względnie bogatych (jak Polska) niekoniecznie. Co do tych pierwszych, to ich zrównoważony rozwój powinien być wspierany aktywnie przez Zachód, łącznie z redystrybucją bogactwa z bogatej Północy na biedne Południe. Co do tych drugich, sprawa jest prostsza. Jak pokazał wiele lat temu amerykański ekonomista Richard Easterlin, od pewnego poziomu bogactwa (wcale nie tak wysokiego) zadowolenie z przyrostu zamożności zdecydowanie maleje (jest to tzw. paradoks Easterlina). W tej sytuacji pogoń za bogactwem ludzi już względnie zamożnych jest w gruncie rzeczy irracjonalna. Nie od dziś wiadomo, że motywowana jest przede wszystkim chęcią dominacji, wygranej w wyścigu o prestiż wynikający z posiadania, a nie samą chęcią posiadania.

Zmierzam do tego, aby powiedzieć, że zamożność nie jest kluczem do szczęścia, co przecież wiadomo od dawna. Co więcej, to nie zamożność decyduje przede wszystkim o jakości życia. W takim razie co? Relacje międzyludzkie. Miłość i przyjaźń wysuwają się na pierwszy plan. Ale także poczucie przynależności do jakiejś wspólnoty (zawodowej, sąsiedzkiej, regionalnej). Dobry stan zdrowia. Ogólna życzliwość. Uśmiech na co dzień i poczucie, że można liczyć na innych. Czas. Im mamy go więcej do swojej dyspozycji, tym lepiej. Wolność od stresów, wynikających z poczucia braku bezpieczeństwa, z przepracowania, z pośpiechu, z bycia upokarzanym (np. w pracy) i z konieczności konkurowania z innymi. Równość, bo tam, „gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej”, jak głosi podtytuł sławnej książki Kate Pickett i Richarda Wilkinsona „Duch równości”. Dobre jedzenie, celebrowane w kontakcie z innymi. Klimat pozbawiony ekstremów. Bliskość natury. Kontemplacja sztuki i estetyczne otoczenie (uroda architektury, bogata paleta barw w środowisku kulturowym, w tym kolorowy ubiór). Umiejętność cieszenia się rzeczami małymi. Wszystko to można osiągnąć niemal bezkosztowo (największy kłopot jest niestety z przyjemnym klimatem). Liczy się coś, co zwykło się określać mianem sztuki życia. Z moich licznych podróży wynika, że kultywują ją ludzie południa Europy. Włosi, Hiszpanie, Portugalczycy, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Niektóre świadectwa wskazują, że jest ona nieobca także mieszkańcom Ameryki Południowej, którzy są znacznie szczęśliwsi, niż powinni, wziąwszy pod uwagę stopień ich zamożności. Walczą o nią Duńczycy (słynne hygge), starają się Czesi, próbują Amerykanie.

Ci ostatni są ciekawym przypadkiem. Całe życie bardzo ciężko pracujący (najwięcej na świecie) z nadzieją, że sobie pożyją na emeryturze, na którą przechodzą nieraz tak późno i w tak kiepskiej formie, że o radości życia nie ma już mowy. Choć często bogaci, to żyjący w kraju, gdzie jakość życia jest niska. Kiepskie jedzenie, ogromne marnotrawstwo czasu z powodu długich dojazdów do pracy, brak zabezpieczeń socjalnych i poczucia osobistego bezpieczeństwa (przestępczość), wielkie nierówności społeczne, ogromny prowincjonalizm mentalny i niechęć do poznawania świata, brzydota otoczenia, uzależnienie do leków i wielka skala zaburzeń psychicznych z depresją na czele, rozpowszechniona narkomania, wielu bezdomnych błąkających się po ulicach – to wszystko składa się na ponury obraz jakże różny od filmów hollywoodzkich. Oto znakomity przykład kraju, którego niezwykła produktywność ekonomiczna, umiejętność „robienia biznesu”, zamożność nie przekłada się na jakość życia obywateli. Niestety, tylko częściowo poprawia ją fantastyczna życzliwość Amerykanów i ich gotowość do wzajemnej pomocy. Jeden z wniosków jest taki: nie musimy być tak zamożni jak Amerykanie, aby żyć tak szczęśliwie jak południowcy.

Wydanie: 48/2020

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy