Ofiary naszej polityki wschodniej

Ofiary naszej polityki wschodniej

W przeciwieństwie do byłego marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego z PiS nigdy nie twierdziłem, że Aleksander Łukaszenka to „ciepły człowiek”. Przeciwnie, uważałem zawsze, że to satrapa o mentalności komunistycznego sekretarza, a jego reżim jest reliktem z czasów breżniewowskiego ZSRR. Równocześnie Białoruś jest bodaj jedynym państwem przyznającym się do wspólnego z Polską dziedzictwa dawnej wielkiej Rzeczypospolitej i do wspólnych bohaterów narodowych. Na to dziedzictwo dawnej Rzeczypospolitej nakłada się na Białorusi dziedzictwo czasów sowieckich. Jego częścią jest pamięć wojny ojczyźnianej i Armii Czerwonej. Tworzy to swoisty konglomerat. W panteonie bohaterów narodowych obok książąt i wodzów z czasów Wielkiego Księstwa, obok Kościuszki czy Kalinowskiego, są byli komunistyczni sekretarze czy dowódcy komunistaycznej partyzantki i sowieccy generałowie. To ostatnie nas różni. Może nam się podobać lub nie, ale tak jest i nic nam do tego. Utrzymując kontakt z elitami intelektualnymi Białorusi, z białoruskimi historykami, możemy z nimi dyskutować, przedstawiać im nasz punkt widzenia. Ale wyboru tradycji dokonają oni, a nie my za nich czy dla nich. Korzystajmy z tego, że możemy wspólnie czcić pamięć Tadeusza Kościuszki, Adama Mickiewicza, Elizy Orzeszkowej czy nawet Sergiusza Piaseckiego.

Na Białorusi żyje kilkusettysięczna mniejszość polska. W niektórych powiatach (tamtejszych rejonach), zwłaszcza w okolicach Grodna, ta mniejszość stanowi kilkadziesiąt procent mieszkańców. W samym Grodnie ok. 20%. To nasi rodacy, ale obywatele Białorusi. Jako tacy podlegają białoruskiemu prawu i białoruskiej władzy. Może to nam się nie podobać, ale rady na to nie mamy.

Granice ustanowione po II wojnie światowej, zarówno wschodnie, jak i zachodnie, musimy szanować, również we własnym interesie. Oprócz szaleńców, stanowiących znikomy margines i na szczęście niemających wpływu na politykę, nikt rozsądny nie myśli w Polsce o zmianie granic. Godzimy się z tym, że kilkaset tysięcy Polaków żyje i będzie żyć na Białorusi (także na Litwie czy na Ukrainie).

Nasza polityka wobec Białorusi, a szczególnie wobec tamtejszej polskiej mniejszości, wymaga ogromnej zręczności i taktu. Jeśli Polacy, obywatele Białorusi, chcą kultywować polską kulturę, pielęgnować język, powinniśmy im w tym pomóc. Jeśli chcą utrzymywać kontakt z macierzą, powinniśmy im to ułatwić. Powinniśmy wspierać polskie szkolnictwo na Białorusi, czego jednak nie da się zrobić bez porozumienia się z tamtejszymi władzami. Ale też nie powinniśmy zaniedbywać kontaktów z Białorusinami. Złe lub w najlepszym razie chłodne stosunki między rządami można i należy rekompensować dobrymi kontaktami kulturalnymi, naukowymi, a nawet gospodarczymi.

Przy takim stanie relacji politycznych nie jest to łatwe, ale nie jest niemożliwe. Państwo polskie, a także polskie organizacje pozarządowe, stać na fundowanie stypendiów dla mieszkańców Białorusi, i Polaków, i Białorusinów. Stypendiów dla studentów, doktorantów, twórców. Można nawet przy wsparciu Unii Europejskiej realizować rozmaite wspólne projekty badawcze. To wszystko jest robione, ale naprawdę śladowo. Czy nie ma w Polsce środków na przetłumaczenie na białoruski powieści Orzeszkowej, Rodziewiczówny, Piaseckiego? Autorów, którzy tworzyli na tamtej ziemi i ją opiewali? Czy nie byliby dzięki temu bliżsi Białorusinom? Czy nie łatwiej byłoby nam wspólnie zadbać o tę część dziedzictwa, do którego Polacy i Białorusini przyznają się bez zastrzeżeń?

Naród białoruski przeżywa dziś trudny, ale ważny okres. Dyktatury kiedyś się kończą, tyrani upadają, a narody trwają. Los Polaków na Białorusi związany jest nierozerwalnie z losem Białorusinów. Muszą w tym społeczeństwie się odnaleźć, znaleźć swoją drogę i swoje miejsce. Czy my im w tym pomagamy? Czy raczej wciągamy ich w orbitę naszej obłędnej polityki historycznej, co dla nich może się skończyć tylko katastrofą? U naszych wschodnich sąsiadów istnieją dwa Związki Polaków na Białorusi. Jeden uznawany jest przez władze białoruskie, ale nie przez polskie. Drugi – uznawany przez władze polskie, ale nie przez białoruskie. Działacze tego pierwszego nie są wpuszczani do Polski. Ten drugi jest z Polski wspierany. Czy jest do wyobrażenia, że w Polsce działa jakaś nieuznawana przez nasze władze organizacja np. mniejszości niemieckiej wspierana przez niemiecki rząd? A dotąd postsowiecki reżim białoruski ten nieuznawany Związek Polaków tolerował. Teraz, zdaje się, przestał. Łukaszence, któremu do poprawy pozycji w kraju potrzebny był zewnętrzny wróg i który bredził, że Polska chce odebrać Białorusi Grodno z okręgiem, dostarczono dogodnego pretekstu. Były nim organizowane przez ten nieuznawany ZPB obchody dnia „żołnierzy wyklętych”. Dlaczego nie powstrzymano przed tym działaczy? Kto im to podpowiedział? Możliwości są dwie. Albo hurrapatriotyczni idioci z Polski, albo miejscowe KGB.

Czczenie pamięci „Burego”, ludobójcy i mordercy Białorusinów, przez narodowców w Polsce spotyka się ze sprzeciwem i protestami znacznej części polskiego społeczeństwa. Na jaką reakcję liczono na Białorusi? Teraz kilkoro polskich działaczy trafiło do kryminału, czekają na proces, który będzie zemstą Łukaszenki. W jaki sposób Polska im pomoże?

Robienie z Polaków na Białorusi zakładników naszej polityki historycznej jest po prostu niegodziwe! Czy nasze służby dyplomatyczne i konsularne naprawdę nie mają sobie nic do zarzucenia w tej sprawie?

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 18/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy