Stalin bruździ zza grobu

Stalin bruździ zza grobu

Tytuł artykułu Mirosława Czecha („Gazeta Wyborcza”, 17.03) głosi, że „Dzieci Stalina grzebią pojednanie” polsko-ukraińskie. Z treści artykułu dowiadujemy się, że to pojednanie grzebią ze strony polskiej środowiska kresowe, a ze strony ukraińskiej historycy ze Lwowa. Są w to zamieszane również inne czynniki: „Problemem stawała się gloryfikacja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i nadanie przez Juszczenkę Stepanowi Banderze (…) tytułu Bohatera Ukrainy”. Nie wiadomo, kto zawinił: strona, która gloryfikowała, czy ta druga, której się to nie podobało. Dociekanie, kto winien, moim zdaniem nie ma tu sensu, żadnego grzebania pojednania nie widzę i nie wierzę, żeby mogło nastąpić, chyba że Lwów stanie się stolicą Ukrainy. Wbrew temu, co Mirosław Czech uważa za niepodważalny pewnik, pojednanie polsko-ukraińskie ani nie doznało nadzwyczajnego pogłębienia w czasie pomarańczowej rewolucji, ani nie zaczęło się, gdy „kilkuset mieszkańców Lwowa – Ukraińców i Polaków – wraz z kilkudziesięcioma intelektualistami z Warszawy modliło się wspólnie w dwu językach na cmentarzach Orląt i Strzelców Siczowych”. Religie i modły nie po to są, żeby jednać narody, lecz by je dzielić i utwierdzać w poczuciu wyższości. Na Ukrainie istnieją dwa prawosławia i dwa katolicyzmy – co prawda rzymski się nie liczy – zdarzają się ekumeniczne modły, ale narodu ukraińskiego nie jednoczą, wprost przeciwnie, dzielą i gdyby nie miażdżąca przewaga bezbożników, nie wiadomo, co by się z tym krajem stało.

Mógłbym dać dużo przykładów na dowód, że przynajmniej Polakom uroczystości cmentarne nie służą do wybaczania win i jednania się z kimkolwiek. Mirosław Czech zna te przykłady równie dobrze jak ja. Modły intelektualistów jeszcze z innych powodów wydają mi się podejrzane.
Według polskiej prasy pojednanie polsko-ukraińskie zaczęło szwankować z chwilą, gdy Wiktor Janukowycz wygrał wybory. Polska, jak wiadomo, na obszarze poradzieckim nie wchodzi w partnerstwa strategiczne z państwami, lecz tylko z demokratycznymi partiami. Nowy prezydent nie znalazł lepszego sposobu poradzenia sobie z awanturniczością Julii Tymoszenko jak posłanie jej na jakiś czas do kryminału, zresztą luksusowego. Za granicą zostało to źle przyjęte, a polscy politycy i dziennikarze poczuli się z tego powodu gorzej pojednani z Ukrainą. Gdy pomarańczowi zaraz po zwycięstwie (nie obyło się ono bez fałszerstw) wsadzili do więzienia ludzi Janukowycza, jego samego oszczędzając tylko dzięki naciskom Amerykanów, nikt w Polsce nie dostrzegł w tym łamania zasad demokracji, pojednanie rozkwitało.

Jeżeli mamy myśleć na serio, to musimy przyznać, że pojednanie polsko-ukraińskie ma solidne niekoniunkturalne podstawy i że położone one zostały podczas powojennego wytyczania granicy i regulowania kwestii osiedlania ludności polskiej i ukraińskiej. Obecne rozszalałe nacjonalizmy i antykomunizmy kreują fikcyjną historię i nie przyjmują do wiadomości najoczywistszych faktów. Mirosław Czech winą za pogorszenie nastrojów w stosunkach polsko-ukraińskich obarcza „dzieci Stalina”. Stalin nie był królem starożytnej Persji, któremu można przypisać dowolne czyny. Żyją ludzie, którzy pamiętają, co robił. Był on bardziej wiarygodnym wrogiem nacjonalizmu zarówno polskiego, jak ukraińskiego niż Mirosław Czech. Czy byli jacyś nacjonaliści na Ukrainie, którzy uważali go za swojego protektora? Chyba że ustanowienie ukraińskiej republiki w ramach ZSRR uznamy za wyraz nacjonalizmu, bo współczesne państwo ukraińskie jest tą republiką, uwolnioną tylko od komunistycznej utopii i władzy Moskwy. UPA, OUN, Bandera, Szuchewycz nie mają najmniejszego udziału w powstaniu niepodległej Ukrainy. Mogła ona powstać tylko w ramach Związku Sowieckiego, ponieważ Ukraińcy nie mieli odpowiedniego własnego czynnika siły, który mógłby ustanowić i utrzymać państwo, tak jak Polacy w XVIII wieku nie mieli czynnika zdolnego zapobiec rozbiorom. Antykomunistyczny nacjonalizm ukraiński jest równie bezrozumny i historycznie ślepy, jak i polska mieszanka tego rodzaju.

Czytam w artykule Mirosława Czecha, że w PRL-u panowały propagandowe negatywne stereotypy Ukraińców. Chciałbym, żeby z tej polemiki przynajmniej jeden oczywisty fakt dotarł do jego umysłu: w PRL nie wolno było wygłaszać publicznie negatywnych opinii o którymkolwiek z narodów wchodzących w skład Związku Radzieckiego. O rzeziach wołyńskich nie pisano książek, nie prowadzono badań, nie kręcono filmów. O UPA jeśli pisano lub zrobiono film, to tylko w konwencji przesłaniającej fakt, że była to formacja ukraińska. Komuniści zwalczali nacjonalizm, najpierw naprawdę i szczerze, później mimo odchodzenia od ortodoksji udawali, że zwalczają; to twierdzę, a poza tym można na nich psy wieszać i ja słowa nie pisnę w ich obronie.
W Polsce, podobnie jak w innych demoludach, zmiana ustroju nastąpiła razem ze zmianą sojuszy polityczno-militarnych. Było to logiczne, wątpię, żeby istniała inna możliwość. Jednakże ta reorientacja geopolityczna w pewnych kwestiach przyniosła konsekwencje dziwaczne. Ponieważ za głównego wroga Polski nowa władza uznała Związek Radziecki, więc logicznie UPA, jako formacja walcząca z Armią Radziecką, została uznana za sprzymierzeńca post factum. Kto potępiał faszyzm ukraiński, uchodził za wroga niepodległej Ukrainy i polsko-ukraińskiego pojednania. Prawicowi początkujący historycy zaczęli szukać dowodów na braterstwo broni AK i UPA. Wielką wagę nadano rozmowom, jakie się odbyły w 1945 r. między banderowcami a „żołnierzami wyklętymi” w Rudzie Różanieckiej. Sielankę pojednania na takich podstawach zakłóciły środowiska kresowe, dla których ten fałsz był nie do zniesienia.

Wydanie: 13/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy