Suche źródła

Suche źródła

Eksperci w sutannach orzekli, że prawdziwy katolik nie może sięgać po szczepionki „stworzone na materiale biologicznym pobranym od abortowanych płodów”. Nóż się w kieszeni otwiera, ale sięgnąć po niego nie sposób, bo ręce opadają. Nie umilkły jeszcze echa wywiadu, którego udzielił swojej gazecie Adam Michnik, a który w aurze opaczności został w mojej bańce napiętnowany za rozgrzeszanie Kościoła jako instytucji koniecznej do utrzymania w ryzach ludu. Jak tak będą ten lud dyscyplinować, to on się nie ostanie – Bóg chroni przed zarażeniem na mszy, a w razie czego szczepienia niewskazane. Michnik usilnie przywoływał najjaśniejsze twarze polskiego Kościoła z Tischnerem na czele, nie mogąc odżałować faktu, że ten otwarty, ekumeniczny nurt przegrał z „frakcją toruńską”. Wierzy jednak, że jakikolwiek by był, Kościół jest dla Polaków konieczny – ubolewam nad tym, bo twórca „Gazety Wyborczej” wyznaje z grubsza ten sam pesymizm socjologiczny, co Kaczyński – katolicyzm jest niezbędny, alternatywą jest tylko nihilizm.

Michnikowe credo z rzeczonego wywiadu jest w gruncie rzeczy non creditis – wygląda na to, że zgnębiony okresem kaczystowskiej smuty tak dalece utracił wiarę w człowieka, że machnął ręką na Kościół poszukujący, dość że skutecznie zastępuje superego: tylko strach przed piekłem może uchronić naród przed samozniszczeniem. Jest to także akt niewiary w preambułę konstytucji, która głosi, że naród polski to ludzie „zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł”. Michnik ku mojemu zasmuceniu uznaje, że dla statystycznego Polaka „inne źródła” pozostają niedostępne, a Kaczyński różni się od niego tylko tym, że istnienia innych źródeł w ogóle nie uznaje, bądź też ma pewność, że dawno wyschły. Bez twardego proboszcza wieś się zborsuczy, chamowi trzeba pejcza i różańca – kiedyś dzielili między sobą te obowiązki pan z plebanem, teraz klecha dzierży oba w jednej dłoni. Tyle że o ile przez wieki ksiądz bywał jedynym we wsi piśmiennym, przez co jego autorytet intelektualny nie miał konkurencji, teraz seminaria wypuszczają na żer analfabetów, nie tylko emocjonalnych – jak dowodzi choćby stanowisko episkopatu w sprawie szczepionek.

Kilka dni po rozmowie Dominiki Wielowieyskiej z Adamem Michnikiem ta sama gazeta ogłosiła wstrząsający reportaż Kacpra Sulowskiego o tym, z jakimi upokorzeniami zmagać się muszą ludzie zgłaszający w swoich parafiach chęć apostazji. Dotąd na pytanie, dlaczego wciąż nie załatwiłem sobie formalnego wystąpienia z Kościoła, tłumaczyłem, że samo wikłanie się w kościelną biurokrację na warunkach katabasów w celu wypisania z ich ewidencji byłoby aktem uznania ich formalnej ważności, przyjęcia całej tej fikcji za dokument mający jakąkolwiek wagę. Po lekturze wyznań ludzi gnojonych przez kościelnych urzędników za chęć wystąpienia ze wspólnoty, nękanych i bezprawnie odsyłanych z kwitkiem wiem już, dlaczego na parafię nie pójdę – mam słabe nerwy, nie zdołałbym powstrzymać złych emocji, a zmarnować sobie resztę życia przez nieopatrzne rozwalenie krzesłem pustego księżego łba nie zamierzam.

Podsunięto mi czeski dokument o polskiej religijności, ale wyłączyłem go po dwóch kwadransach, z przykrością stwierdzając, że wszystko to, czemu ekipa filmowców z laickiego kraju ze współczuciem i zgrozą dziwi się, niczym widzowie sławetnej „Defilady” Andrzeja Fidyka, dla mnie przeszło już do porządku dziennego. Jawna antysemickość rozgłośni toruńskiej, obłąkane oczy zakonnic na wiecach religijnych, tandeta gargantuicznych dewocjonaliów ze świebodzińskim Chrystusem Królem na czele („nikomu nie przeszkadza heretycki posmak tego zabiegu i zawarty w nim protekcjonalizm wobec Boga, którego nagradza się królestwem niedużego i niezbyt zasłużonego kraju świata”, jak zauważa Maria Anna Potocka w eseju „Skuteczność prawicy”), bezrefleksyjny, powierzchowny, acz zajadły charakter polokatolicyzmu – skoro przestało mnie dziwić to wszystko, znaczy, że jest bardzo źle. To nie brak sprzeciwu, ale brak zdziwienia jest prawdziwą klęską ducha. Ten kościół Szatana tak już nas oplótł swoimi mackami, że choć wciąż się wzdrygamy, nic nas już z ich strony nie zaskakuje. Zamiast więc czekać cierpliwie na tsunami apostazji albo deklarować swój ateizm w spisie powszechnym, co będzie miało w praktyce znaczenie czysto symboliczne, uparcie wierzę, że władza, która obali PiS, pójdzie wreszcie po rozum do głowy i jednym aktem rozwiąże kwestię katolicką w Polsce – wprowadzając podatek kościelny. Kiedy każdy członek wspólnoty będzie opodatkowany na rzecz Kościoła, błyskawicznie staniemy się przodującym laickim społeczeństwem w Europie. Co jak co, ale liczyć Polak potrafi.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 17/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy