I diabli go wzięli

I diabli go wzięli

Nasze poczucie niższości wobec Zachodu jest mocno ukorzenione, pracowały na to trzy stulecia. Od tej przypadłości wolni bywają dopiero ludzie urodzeni po przełomie roku 1989. Moje pierwsze spotkanie z Zachodem było na początku lat 70. Zapach lotniska w Kopenhadze. Od razu straciłem rozum i poczułem się mniejszy. To była woń lepszego świata.
Czasami swoje poczucie mniejszej wartości nadrabiamy agresją, pieniactwem, w każdym razie rzadko to stosunek normalny, oparty na zdrowym rozsądku. Stąd to ciągłe porównywanie się, jak my, jak oni. Sam za często tak robię. Donald Tusk jest o kilka lat ode mnie młodszy, ale jeszcze mógł się na to załapać. W swojej nowej sytuacji będzie musiał też z tym się zmierzyć.
PiS otrzymało cios tak nagły i straszny, że dopiero teraz pomału dochodzi do siebie. Nabrzmiałe jadem gratulacje, sztuczne uśmiechy. A ich codzienna modlitwa: niech Platforma sama się zagryzie. Może i tak być. Polacy nadal mają silny gen autodestrukcji. Tusk łagodził spory, czasami przecinał je tasakiem. Tak dominując, przygniatał sobą partię. Platforma ma teraz szansę zrewitalizować się, krążenie krwi było słabe. Staram się tu być optymistą, ale do tego muszę się nieco zmuszać.
Pamiętam, jak Tusk początkował w polityce, wydawał się onieśmielony i trochę chłopięcy. Po roku Basia Łopieńska, znana dziennikarka, mówi mi: „Popatrz, on chyba się wyrabia?”. Też tak mi się wydawało, ale nie byłem pewien. Może więc okaże się, że ktoś w tej partii ma skrzydła, do tej pory złożone.
Odchodzący premier obdarzony jest charyzmą. To cecha trudna do zdefiniowania, energia, wdzięk, też wiara w swoją boską moc, przepleciona świadomością własnych ludzkich słabości. Piłsudski na pewno miał charyzmę, tylko mu pod koniec życia zdziczała. Dzisiaj, nie tylko w Polsce, o charyzmę u polityka trudno, a jeżeli ktoś ją ma, próbuje stać się aktorem lub prezesem banku.
Na arenie naszego politycznego cyrku powstaje ciekawa figura psychologiczna. Znika Tusk, śmiertelny wróg PiS. Znika, a jednak nie znika. Zaczyna krążyć na innej, wyższej orbicie. I nagle nie ma już punktów stycznych z prezesem. Poprzednie ataki są niemożliwe, bo nie przystają do sytuacji.
Widzę dwóch jegomościów, jak w małym miasteczku kłócą się, opluwają, a tu nagle podjeżdża limuzyna i wiezie jednego z nich do stolicy Europy jako prezydenta kontynentu. Ten, co został na pustym placu, macha rękami: „A niech tam go biorą – w domyśle – diabli. My już będziemy mu patrzeć na ręce, co dla nas utarguje, co zrobi, aby polskie jaja kosztowały więcej na Zachodzie, a ojczysta wieprzowina szła lepiej”. Polska prawica chyba rzeczywiście nie rozumie, czym jest Unia, jaki jest nowoczesny świat. Jak produkt w reklamie, prezes ulokował w Tusku nienawiść. To już nie tylko problem partii i prezesa, miliony ludzi zostało zaprogramowanych na nienawiść do Platformy, którą personifikował premier. Jak teraz przeformatować masę upadłościową po nienawiści? Gdzie przesunąć zbiorniki jadu? I jak pokonać dysonans poznawczy? Nieudacznik, który pogrążył Polskę w odmętach katastrofy, jest w Europie postrzegany jako zręczny, pragmatyczny polityk. Sama zaś Polska, w ruinie, co przecież widać gołym okiem, widziana jest z zewnątrz jako kraj sukcesu. Gdzie oni mają oczy i rozum?
Nie jestem zbyt dobrego zdania o Platformie, nie zawsze też słyszę o niej miłe rzeczy na prowincji, ale gdy popatrzę na ewentualnych uzdrowicieli, groza mnie ogarnia. Nie wszystko da się tu pojąć rozumem. Polska prawicowa to, jak pisał Brzozowski, „polska zdziecinniała”. Tym bardziej zdumiewa, że z taką energią bronią prawicy Jadwiga Staniszkis czy Ryszard Bugaj. Znam ich, więc tym mi dziwniej. Staniszkis od dawna snuje wizje modernizacji Polski, tak wyrafinowane, że czasami pojąć trudno, o czym mówi. Jak to się ma do tego zaścianka? A nijak się ma. Rozumiem, że oboje nie lubią Platformy, ale reszty już nie rozumiem. Chociaż wiem – człowiek im bardziej inteligentny, tym większym bywa mistrzem w obronie swoich sympatii, niechęci, fantastycznych tez na nich budowanych.
A my sobie żyjemy z paskudzącym się Wschodem, jak z czyrakiem. Niewygodnie z tym i jakby niemoralnie. Obserwuję, jak lęk zaczyna się dobierać do polskiej duszy, do tej pory ślizgał się po powierzchni. Dzwoni do mnie znana pisarka. Przenosi się do mieszkania na prawobrzeżnej Warszawie. Pełna obaw, czy to nie brak rozwagi z jej strony. Czy nie bezpieczniej byłoby zamieszkać po drugiej stronie Wisły. Jestem pewien, że żartuje. Śmiertelnie jest poważna. Przy okazji pyta, czy to nie ryzykowne, że całe archiwum ma zapisane elektronicznie. Ta wojna może mieć też wymiar elektroniczny?
Na razie ma hipotetyczny. Można powiedzieć, że od kiedy ludzkość potrafi sama siebie zniszczyć, zawsze balansujemy na cienkiej linie, tylko tego na co dzień nie widać. A teraz widać.

Wydanie: 37/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy