Redystrybucja czy uznanie? Jedno i drugie

Redystrybucja czy uznanie? Jedno i drugie

Kiedy faszyści z Włoch i Węgier zaproszeni przez polskich faszystów na święto narodowe spacerują sobie po polskim parlamencie, rząd nawet nie ukrywa swojego autorytarno-nacjonalistycznego charakteru, za polską gospodarkę będą odpowiadać bankowcy, a za służbę zdrowia konserwatywny neoliberał, to nagle znika wiele rozterek wśród osób sympatyzujących z postępowymi ideami.
Spór, czy budować raczej lewicę kulturową czy socjalną, przestaje istnieć w takich okolicznościach. Albo staje się mało istotny. Zagrożone są bowiem zarówno prawa do odmienności i różnorodności kulturowej, jak i prawa socjalne oraz równość ekonomiczna. Na pierwszy plan wysuwają się prawa obywatelskie – one zresztą zawierają w sobie i prawa socjalne pracowników, i prawa obywatela do wolności osobistej.

Jak twierdzi Nancy Fraser, podporządkowane mniejszości seksualne, narodowe czy kulturowe zazwyczaj są także upośledzane ekonomicznie. Dlatego postulaty dystrybucyjne powinny się znaleźć w centrum wszelkich postępowych projektów politycznych. Zdaniem Fraser, choć sama redystrybucja nie wystarczy do usunięcia wszystkich form podporządkowania, pozostaje niezbędnym aspektem każdego rozsądnego projektu politycznego lewicy. Z drugiej strony nie można zapominać, że „podobnie jak dystrybucja, również uznanie jest fundamentalnym wymiarem sprawiedliwości obecnym w całości relacji społecznych”. Mówiąc inaczej, w walce o bardziej egalitarny i demokratyczny ład ważna jest zarówno redystrybucja bogactwa, jak i uznanie społeczne. Wykluczenie socjalne powinno rodzić solidarność z wykluczonymi kulturowo, etnicznie bądź religijnie i skłaniać do wspólnego zabiegania o większą równość dla wszystkich.

W polskich warunkach nastąpiło coś odwrotnego – potencjalne dążenia redystrybucyjne zostały uśpione, a niezadowolenie społeczne wywołane względami ekonomicznymi zostało rozładowane nakierowaniem złości na wszelkich „innych”. Jak pisał David Ost, nowa elita próbowała za każdą cenę stłumić opozycję klasową wobec kształtującego się polskiego kapitalizmu – dlatego starała się zorganizować rosnące niezadowolenie według innych kryteriów. Liderzy Solidarności, którzy jeszcze nie tak dawno atakowali komunistyczne państwo za jego autorytaryzm i brak demokracji, w nowych warunkach kapitalistycznej Polski lat 90., nie będąc w stanie wyeliminować niezadowolenia rodzącego się z przyczyn ekonomicznych, starali się skierować te emocje w inną stronę: „przeciw komunistom, kryptokomunistom, liberałom, niewierzącym, »obcokrajowcom« (a za takich często uważano Polaków niepasujących do wzoru »Polaka-katolika«), przestępcom i rozmaitym innym »obcym«”. Umacniało to tworzenie się konserwatywnej i represyjnej atmosfery, w której „zamiast walki grup społecznych o podział bogactw (…) mamy do czynienia z konfliktami dotyczącymi tożsamości – przeciwnik nie jest atakowany za swój egoizm, ale za to, że stanowi obce ciało we wspólnocie”.

Wbrew postulatom Nancy Fraser nie nastąpiła wspólna walka o uznanie i redystrybucję. Zamiast integracji działań na rzecz większej sprawiedliwości w sferze ekonomicznej z dążeniami do większej sprawiedliwości w sferze kulturowej nastąpiło coś odwrotnego. Gniew wywołany niesprawiedliwością ekonomiczną skierowany został nie przeciwko niesprawiedliwym mechanizmom polityczno-gospodarczym czy klasom uprzywilejowanym w nowym systemie, lecz przeciwko kulturowym kozłom ofiarnym – „lewakom”, „liberałom”, gender i całej tej kosmopolitycznej zbieraninie z dużych miast. Prowincja i przegrani przemian systemowych wybrali „prawdziwych Polaków”.

Ten mechanizm i ta atmosfera doprowadziły do zdobycia władzy w Polsce w roku 2005 i 2015 przez PiS, będące hybrydą nacjonalizmu, autorytaryzmu i konserwatyzmu. A dominacja tradycyjnego konfliktu klasowego wywołanego upośledzeniem socjalnym nie pozwoliła dopuścić na arenę publiczną konfliktu o uznanie. W zastępstwie obserwowaliśmy sztucznie wywoływany konflikt tożsamościowy w obronie tradycyjnych i dominujących w społeczeństwie polskim wspólnot narodowych i religijnych.

I to jest punkt wyjścia do budowy politycznej alternatywy. Musi się znaleźć w niej miejsce i na uznanie mniejszości, i na redystrybucję bogactwa. Nie ma wolności bez równości. A bez wolności i równości nie ma prawdziwej i żywej demokracji. Obecna rzeczywistość będzie nam o tym przypominała. Nie odwracajmy się od niej, tylko wyciągnijmy wnioski. Jeżeli się uda, to odpowiedzią na rządy PiS będzie nie centrowo-liberalna opozycja, ale zdecydowany zwrot na lewo we wszystkich sferach życia.

Wydanie: 47/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy