Bunt wagi superciężkiej

Bunt wagi superciężkiej

Nie chcę być złośliwy, ale nie umiem się powstrzymać. Jarosław Kaczyński z narażeniem życia ruszył na ulice Kijowa, aby wesprzeć bratni naród, który za wszelką cenę chce do Unii. Liczy na krótką pamięć? Znowu? Media przypominają, jakie okropieństwa prezes mówił o Unii, ale to liberalne media, „nawet jak mówią prawdę, to kłamią”. Wyznawcy PiS-owskiej wizji świata zrozumieją, to tylko gra. Prezes kocha Polskę, więc jak może nie kochać unijnych pieniędzy? Nawet ojcu dyrektorowi zdarzało się wyciągać rękę do Europy. Trzeba brać z Brukseli, co tylko się da, a potem czmychać niczym od diabła, choćby polskimi autostradami, które nam sfinansowali.
PiS pomstuje, że minister Sikorski nie pojechał do Kijowa. Nie ma takiej bzdury, której nie mogą powiedzieć zaślepieni nienawiścią. Tuska też nie było i Komorowski stchórzył. Tylko prezes miał odwagę.
Jad skapuje mi z kłów – do czego oni mnie doprowadzili?
A wydarzeniami na Ukrainie przejąłem się. Żyje więc we mnie buntownik, emocje zaś biorą czasami górę nad rozumem, chociaż już wiem, że ewolucja lepsza od rewolucji. Zapominamy też, że Janukowycz został jednak wybrany w demokratycznych wyborach. I nie ma tam krwawej dyktatury, jest tylko koślawa demokracja. I tylko w takich okolicznościach możliwy jest bunt na wielką skalę czy rewolucja, nie porównując, tak było w Rosji w 1918 r. Matką wszystkich rewolucji jest wielka francuska. Nie przypadkiem Ludwik XVI był poczciwym, choć niemrawym królem. Jemu i żonie ścięto głowę, potem ich śladem poszły dziesiątki innych głów, też ojców rewolucji.
Nie wiemy, co się stanie na Ukrainie. Nie przewiduję przyszłości. Pewne tylko jedno: będzie inaczej, niż myślimy, że będzie.
Ciekawe, że buntowi przewodzi superbokser superciężkiej wagi, z doktoratem. A też jaki wpływ na manifestację ma nowa technologia – ludzie zwołują się przez internet. Podobnie było w Egipcie.
Pierwszą telewizyjną rewolucją była ta w Rumunii w 1989 r. Oglądałem ją w mieszkaniu Marka Karpa, wówczas dyrektora Instytutu Studiów Wschodnich. Ten sąd nad Ceauşescu był okropny, taki oficersko-ludowy proces, śpieszono się. Dyktator i jego żona siedzieli na krzesłach, w szubach, w futrach, którym włos się jeżył. Rozstrzelania już nie transmitowano. Podobno zachowali się godnie. Tak z dyktatorów robi się męczenników. I pomyśleć, że nasza prawica nadal pomstuje, że w 1989 r. nie zrobiliśmy podobnie – Polska stałaby się moralnym i normalnym krajem (nie ma dla nich znaczenia, że gen. Jaruzelski sam oddał władzę).
Ten rumuński spektakl oglądałem w obecności Vytautasa Landsbergisa, litewskiego muzykologa, który stawał się politykiem, byli także inni goście z Litwy. Landsbergisa poznałem wcześniej w Wilnie, przed „Wielką Zmianą”, kraj był jeszcze republiką radziecką. Wchodząc do mieszkania, ujrzałem jowialnego pana z wąsikiem. Mówił dobrze po polsku, zaciągając z wileńska, cała elita tego kraju mówiła po polsku. Przy mnie zadzwonił do kolegi: „Wiesz, jest u mnie syn polskiego poety Mieczysława Jastruna”. Od dawna żyli polską kulturą, w Polsce Ludowej o wiele więcej było wolno, widzieli więc u nas świat­ła Zachodu. Tym bardziej po latach zaskoczy nas ich antypolonizm, on też powstał z tej niepokojącej bliskości zderzonej z historycznymi fobiami przed Polską.
Po rumuńskim spektaklu wiozłem litewskich gości, w sumie pięć osób, do pokojów sejmowych. Byłem wtedy posiadaczem bardzo małego fiata. Pasażerowie leżeli jeden na drugim. Po kilku miesiącach okazało się, że Landsbergis nie tylko wyszedł z tego cało, ale nawet został prezydentem Litwy.
Wracam myślami ponownie na Ukrainę: oburzyła mnie brutalność milicji, znęcali się nad leżącymi, pobitymi ludźmi. W takich sytuacjach, zresztą po obu stronach, włącza się mechanizm zwierzęcy; przepraszam zwierzęta. Biorąc udział w takich wydarzeniach czy choćby je obserwując, jesteśmy zawsze po stronie tych, z których sprawą się identyfikujemy. Mechanizm utożsamiania się to wielka potęga. Obserwuję walkę bokserów, których nie znam, ale ich narodowość, wygląd, jakiś gest każe mi z wielką mocą stanąć po jednej stronie i być pewnym, że mój faworyt zadaje więcej ciosów, chociaż to nieprawda.
Jeszcze z czasów dzieciństwa mam sympatię do rzymskich legionów. I tu bieda – współczesne oddziały specjalne wzorują się na legionach, biorą od nich taktykę, choćby w szyku obronnym pierwsze szeregi robią dach z tarcz, by chronić się przed kamieniami, kiedyś ciskanymi przez procarzy.
Widziałem niedawno w akcji następców naszych zomowców z lat 80. Zdumiewające, ale od 1989 r. zacząłem czuć do nich dużą sympatię, nagle byliśmy po jednej stronie – demokracji. Teraz w Warszawie po drugiej stronie, naprzeciwko policji, stali faszyzujący narodowcy i kibole. Niech ich leją. Dlaczego tak słabo? A co będzie, jak prezes ze swoim szczególnym pojmowaniem demokracji obejmie rządy, również nad policją?

Wydanie: 50/2013

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy