Wartość sprzeciwu

Przepraszam, ale pewnie popadam w obsesję. Pociesza mnie jedynie, że w tę samą lub podobną obsesję popada coraz większa liczba autorów, pisarzy, ekonomistów, socjologów, a nawet polityków. I ta nasza obsesja jest odpowiedzią na obsesję wcześniejszą, która zapanowała ponad 10 lat temu i której rzecznicy głosili (i nadal głoszą w obsesyjny sposób), że mimo coraz liczniejszych dowodów, iż to nieprawda, nie ma innej możliwości rozwoju świata niż szlak wyznaczany przez liberalną doktrynę globalizacyjną.

Jako rzecznik tej doktryny pokazał się ostatnio, choć nie po raz pierwszy, w „Gazecie Wyborczej” (9-10.06. br.) p. Witold Gadomski, karcąc nobliwą i nie podejrzewaną dotychczas o żadne lewicowe miazmaty „Res Publikę Nową” za zamieszczoną w tym piśmie dyskusję redakcyjną „Nasz postmoralny niepokój”. Dyskusja dotyczyła biegu obecnej gospodarki światowej, czym jak trafnie zauważył p. Gadomski – „Res Publika Nowa” zajmuje się rzadko. Tym bardziej głos zgromadzonych przy redakcyjnym stole humanistów i intelektualistów wydaje się symptomatyczny.

Istotą tego głosu jest po prostu świadomość, że globalna gospodarka liberalna z jej hulającym swobodnie po całym świecie, spekulacyjnym kapitałem i ideologicznym przekonaniem, iż wolność rynku oznacza wolność człowieka, nie jest w stanie rozwiązać żadnego z wielkich dramatów naszych czasów. Ani dramatu rozdarcia pomiędzy bogatą Północą a coraz biedniejszym Południem, ani nadciągającego dopiero z całą grozą dramatu bezrobocia, ani wreszcie dramatu Ziemi jako całości ekologicznej, kolebki i przytułku naszego gatunku.

Coraz to nowsze fakty potwierdzają niepokój intelektualistów. Niedawno np. rozegrał się wielki spór o to, czy w krajach Afryki, gdzie AIDS zbiera śmiertelne żniwo, wolno używać nielicencjonowanych środków przeciw tej chorobie, zamiast wyrobów zachodnich firm farmaceutycznych, których specyfiki są dla Afrykanów zbyt drogie. W myśl liberalnej doktryny powinni oni raczej umierać, niż naruszać prawo handlowe. Niedawno również amerykański prezydent, George W. Bush, wystąpił z międzynarodowego układu w Kioto, dotyczącego ochrony środowiska, twierdząc całkowicie liberalnie, że bardziej obchodzi go rozwój amerykańskiego przemysłu, wydalającego rozmaite spaliny niż jakaś tam dziura ozonowa. Stale trwa liberalna walka ze związkami zawodowymi, które dotąd stanowiły osłonę dla świata pracy, i stale pojawiają się nawoływania o „uelastycznienie rynku pracy”, aby można było elastyczniej zmniejszać ich dochody.

Są to wszystko banały albo oczywistości, ale przecież byłoby czymś zdumiewającym, gdyby humaniści – a takich zgromadziła „Res Publika Nowa” – nie ośmielili się ich zauważyć i wyrazić wobec nich swój „postmoralny niepokój”. Choćby to tylko tak, jak jeden z dyskutantów, Marcin Król, który mówił po prostu: „Zawsze byłem kulturowo konserwatywny, a społecznie radykalny. Teraz po uszy, społeczne i polityczne, mam tego wszystkiego dość”. Witold Gadomski ostrzega go jednak: „Skręcać w lewo niebezpiecznie”.

Ale ów niebezpieczny „skręt w lewo” wykonują dzisiaj nie tylko humaniści, ale – jak donosi nam w tejże „Gazecie” Corey Robin – także ekonomiści: Edward Luttwak, autor „Turbokapitalizmu” czy John Gray, dotąd apologeta Margaret Thatcher. Corey Robin tłumaczy to właściwościami ich charakterów i grą wyobraźni, co możliwe. Ale pozostaje jednak faktem, że z tak dotąd pewnego siebie chóru liberalnej ekonomii uciekają jego głośni soliści.

Witold Gadomski pisze: „Demokratyczny kapitalizm łatwo jest krytykować, lecz trudno przedstawić realną alternatywę”. Łza się w oku kręci – tak samo przecież, słowo w słowo, mówili co inteligentniejsi konstruktorzy realnego socjalizmu. Ale i on, i tamci popełniali dwa takie same błędy. Pierwszym z nich jest – demagogiczne w istocie – domaganie się całościowego, kompletnego rozwiązania alternatywnego, które rzekomo ma być jedynym usprawiedliwieniem dla krytyki czy choćby niepokoju. Drugim zaś jest wzgarda wobec realnych, namacalnych objawów w obliczu wielkiej, rzekomo genialnej, wirtualnej wizji. Liberałowie twierdzą, że ich wizja globalizacji jest nieuchronna, a sprzeciw wobec niej to donkiszoteria opierająca się na nieważnych szczegółach, jak bezrobocie, bezprawie ponadnarodowego kapitału i śmierć głodowa w nędzarskich rejonach świata. Im bardziej jednak owe szczegóły stają się widoczne i alarmujące, tym groźniejsza staje się wszelka krytyka, którą należy tłumic w zarodku – chociażby takim, jaki wykluł się w „Res publice Nowej”.

Tym, którzy oglądali na własne oczy zmierzch i upadek ideologicznego monopolu realnego socjalizmu, nerwowość wykazywana przez p. Gadomskiego przypomina pewnie dokładnie tamtą nerwowość. I jest to, przyznam, pocieszające.

Na miejscu monopolu liberalnego globalizmu wejść musi nowy pomysł, w którym ważnym czynnikiem powinna być także wartość sprzeciwu.

Myślę przy tym, że nie jest aż tak ważne, czy ów sprzeciw operuje na każdym kroku w pełni ugruntowanymi argumentami rzeczowymi. Pan Gadomski np., poruszając się stale po dość wyślizganych szynach liberalnego dekalogu, z lubością podważa niektóre szczegółowe tezy swoich antagonistów, każąc nam zresztą na słowo wierzyć, że słynna „Pułapka globalizacji” Schumana i Martina jest stekiem bzdur i twierdząc, że „najskuteczniejsza pomoc krajów bogatych krajom biednym polega na włączeniu tych ostatnich do światowego obiegu gospodarczego”. Przy czym zapomina dodać, w jakiej roli – partnerów czy przedmiotu eksploatacji? Ważne jednak, że ludzie rozsądni, obserwując świat dookolny, który reklamuje się im jako jedynie możliwy, a przez to słuszny, mówią, że nie jest słuszny. A więc może nie jest także jedynie możliwym?

Pan Gadomski ma rację – od tego się zawsze zaczyna.

Wydanie: 25/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy