Gnieźnieńska mitologia

Gnieźnieńska mitologia

Obawiam się, że czytelnik uzna ten felieton za przestarzały, ponieważ odnosi się do wiekopomnych uroczystości gnieźnieńskich, które miały miejsce dwa tygodnie temu. Czy jednak nie mam trochę racji, przypominając wydarzenie, które najwyższe władze Polski zaprojektowały sobie jako przełomowe? Sejm uroczyście “uznał pamięć o Zjeździe Gnieźnieńskim (zjechali się Otton III i Bolesław Chrobry tysiąc lat temu) i ustanowieniu Metropolii Gnieźnieńskiej za szczególne narodowe zobowiązanie do moralnego i intelektualnego sprostania wielkim wyzwaniom, przed jakimi stoi Polska u progu nowego wieku i nowego tysiąclecia”. Można to wziąć za obietnicę, że po tej uroczystości będą się działy w Polsce rzeczy niesłychane w dziedzinie moralności i intelektu. Przynajmniej ci, którzy w to święto byli zaangażowani, wyszlachetnieją i zmądrzeją. Niestety, nie zanosi się na to. Politycy chrześcijańscy, popierający Kościół i przez Kościół usilnie popierani, nadal wyróżniają się najbardziej brutalnymi i wulgarnymi wypowiedziami, a ich duchowni protektorzy potrafią być nie mniej obsceniczni, zwłaszcza gdy bronią dobrych obyczajów.
Co łatwo zrobić, a co zrobić trudno? Wydawanie bombastycznych uchwał i oświadczeń trudne nie jest. Nie było też wielką sztuką sprowadzenie do Gniezna najwyższych przedstawicieli kilku państw środkowoeuropejskich. Trudniej było sprowadzić młodzież niemiecką, dla której zaproponowane przez stronę polską “rozważania o tradycji świętowojciechowej” okazały się nic nie obiecującym zajęciem. Nie spodobało się to doradcy premiera, który miał powiedzieć tonem uznanym przez dziennikarzy za żartobliwy, że “trzeba młodym Niemcom wbijać do głowy, że Polska to też Europa”. Jeśli trzeba do głowy wbijać, to znaczy, że jest to chyba opinia za Odrą mało oczywista.
Uroczystości gnieźnieńskie, sądząc po różnych oświadczeniach oficjalnych, były wielkim wytężeniem polskiego ducha prącego do Europy, przejawem tej “wewnętrznej siły”, o której mówił marszałek Płażyński, człowiek skądinąd rzeczowy i nie bardzo skłonny do lewitowania w przestworzach patetycznych frazesów, raczej bez swojej winy postawiony w sytuacji charakteryzującej się brakiem twardego gruntu pod nogami. “Wielkie wyzwania” moralne, intelektualne i tym podobne z całą pewnością należą do rzeczy, które łatwo się robi. Schody się zaczynają, gdy od “siły wewnętrznej”, od moralności i ducha jesteśmy zmuszeni przejść do prozaicznej materii. Odrapanej ściany kamienicy, obok której miał przechodzić orszak premierów, nie udało się otynkować. Potiomkinowskie rusztowanie nie wytrzymało podmuchu wiatru i tylko przypadkowi zawdzięczamy, że dostojni goście wyszli z uroczystości gnieźnieńskich bez obrażeń cielesnych.
Nie oczekują w Unii Europejskiej, że zjawimy się tam z kultem św. Wojciecha czy szczerbcem Bolesława Chrobrego (zawłaszczonym zresztą przez p. Gmurczyka). Lepszą wizytówką byłyby ściany dobrze otynkowane i rusztowania nie przewracające się od byle powiewu.
Polityczny i religijny sens tych uroczystości łączył się w pragnieniu znalezienia się w tej chrześcijańskiej Europie, do której należeliśmy od czasów św. Wojciecha. Powiedział jeden z mówców: “Podobnie jak Bolesław Chrobry zaakceptował przynależność do chrześcijaństwa i Europy, przed nami stoi konieczność wpisania się w Europę w jej obecnym kształcie…”. Ale jaki jest ten obecny kształt Europy? Czy jest ona jeszcze chrześcijańska, skoro “rozważania o tradycji świętowojciechowej” odstraszyły młodzież niemiecką od przyjazdu do Gniezna?
Istnieją silne poszlaki, że ta Europa, do której chcemy iść śladami Bolesława Chrobrego i św. Wojciecha, jest już bardzo mało i z każdym rokiem będzie coraz mniej chrześcijańska. Po planowanym włączeniu Turcji do Unii Europejskiej i przy stałym napływie ludności arabskiej islam będzie nie drugą, jak obecnie, lecz pierwszą religią Europy. Chrześcijanom nie pozostanie wówczas nic innego, jak prosić wyznawców Mahometa o tolerancję, z której oni do tej pory jeszcze nie zasłynęli.
Społeczności przeżywają również takie treści i sensy, dla których najwłaściwszym wyrazem są uroczystości, rytuały, symbole. Ale czy sięganie po symbole do głębokiego średniowiecza ma jakiekolwiek uzasadnienie? Czy są one przynajmniej komunikatywne? Jeśli chodzi o Niemców, to poza jednym historykiem, wcale nie chwalonym przez kolegów po fachu, nikt z nich ze spotkaniem Chrobrego z Ottonem, nawet jeśli o nim słyszał, nie kojarzy żadnych określonych treści. Ludzie posierpniowi wyśmiewają polskich komunistów za to, że po wojnie wykreowali mit ziem piastowskich, odwiecznie polskich. Odwołanie się wówczas do państwa piastowskiego miało sens, którego nie ma kreowana właśnie pobożna mitologia gnieźnieńska. Po wojnie Polska wystąpiła w stosunku do ziem zachodnich i północnych jako zdobywca, który ustanawia swoje prawa, wprowadza swoje nazewnictwo, spycha dotychczasowych posiadaczy, odrzuca ich historię, a w jej miejsce ogłasza swoją interpretację dziejów. Zdobywca ma do tego wszystkiego prawo naturalne. To, co głosi, jest bezwzględnie poważne, ponieważ odnosi się do realnych faktów i powoduje skutki praktyczne. W żadnym razie nie jest to pustosłowie. W miarę oddalania się od czasów wojny punkt widzenia zdobywcy może stawać się coraz bardziej naturalny, lub przeciwnie, coraz wątpliwszy, gdy zdobywca słabnie wraz ze swoimi prawami, co właśnie dzieje się z Polską. Mitologia gnieźnieńska i cała ta mediewistyczna polityka zagraniczna jest dowolna, powierzchowna, wykoncypowana dla słusznego celu zbliżenia polsko-niemieckiego, ale tak nietrafnie, że druga strona nie wie, o co chodzi.

Wydanie: 20/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy