Droga do Rzymu

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Zwierzałem się rok temu Czytelnikom z piorunującego wrażenia, jakie na mnie zrobiła Wenecja, w której dopatrzyłem się zespolenia piękna i zła. Przy okazji opowiedziałem też o kilku innych miastach włoskiej północy – Weronie, Padwie, Rawennie. W tym roku wiosna przyszła później, ale moja podróż trwała dużej – całe 27 godzin i prowadziła dalej – do Rzymu i Neapolu. Ponieważ autokar wyjeżdżał tym razem o innej godzinie, w samych Włoszech był o tyle później, że dało się za dnia zobaczyć wspaniałe włoskie Alpy i stwierdzić naocznie, że równiny około Padu są raczej wyjątkiem, bo mniej więcej już za Bolonią zaczynają się nieskończenie długie Apeniny. Po prostu całe Włochy to góry – całkiem łyse lub pokryte jakimś śródziemnomorskim gąszczem. To wszystko jest niezmiernie piękne i daje się porównać chyba tylko do okolic Kazimierza nad Wisłą.
Taki pejzaż tłumaczy i całą historię Włoch, i chyba nawet teraźniejszość. Byłoby niezmiernie dziwne, gdyby we Włoszech nie było stu separatyzmów. Teraz to wszystko zostało przeryte tunelami, związane siecią wiaduktów, ale i tak jest to tysiąc i jeden zupełnie osobnych kraików. Ile się przecież Rzym musiał nawojować, żeby połączyć tych wszystkich Osków, Wolsków, Sabinów i bezlik innych plemion. Ale i odwrotnie – zjednoczony kraj stawał się prawie nie do zdobycia. Zupełna odwrotność Polski. Sławi się Hannibala za przebycie Alp – ale jego zadanie było jeszcze trudniejsze na samym półwyspie. Pisząc swój “Antyk zmęczonej Europy”, jeszcze tego nie wiedziałem.
Swoją drogą, mieszkanie w takim pejzażu łączy się z ogromną samotnością. Apeniny są mało zaludnione – niezbyt liczne miasteczka to prawdziwe, skalne fortece. Bardzo piękne, i owszem, ale z czego tam żyć? Gleba jest chyba jeszcze marniejsza niż na naszym Podhalu. A poza miasteczkami poszczególne domy są odległe od siebie o całe kilometry. Jak tu wpaść do sąsiadki po zapałki czy sól?
A Włosi są przecież bardzo towarzyscy i rozgadani. Może właśnie dlatego? To bardzo dziwne przemierzać tak wysoce cywilizowane kraje świata i stwierdzać, że składają się przede wszystkim z pustaci. To raczej już Polska sprawia wrażenie bardziej przeludnionej. Ale tak w ogóle sądzę, że pusta przestrzeń jest człowiekowi równie niezbędna jak chleb. Dziwne, że znalazłem ją w najstarszym (po Grecji) i najbardziej ucywilizowanym przez historię kraju Europy.
Położony w jałowych i nieurodzajnych pustaciach Rzym nie mógł się sam utrzymać. Ktoś go zawsze musiał utrzymywać i rzeczywiście zawsze utrzymywał. Prośbą czy groźbą, na jedno wychodziło. W starożytności były to dostawy afrykańskiego, egipskiego czy też numidyjskiego zboża, w średniowieczu i później świętopietrze, dzisiaj nieprzeliczone rzesze turystów i pielgrzymów. Miasto od wieków skazane na innych, którzy zresztą sami się tu pchali. Co ich tu właściwie zawsze ciągnęło? Głównym skarbem, który zdobył Alaryk w Rzymie w roku 410, było 20 kg pieprzu. Ale łupy wojen średniowiecznych bywały niezmiernie skromne, w dziejach bitwy pod Bouvine wylicza się nawet pojedyncze zwoje jakiegoś płótna. Nie dziwmy się, jeszcze 20 lat temu plastikowa torebka była w Polsce nie lada skarbem. Nie tylko w Polsce – moi krewni reemigrując 30 lat temu z Brazylii, pakowali drobiazgi w torebki po mleku z folii, a nie byli ubodzy.
Pewnie, że nie sam pieprz stanowił łup Alaryka, w Rzymie zawsze gromadziło się wiele skarbów, jest ich niezmiernie wiele i dzisiaj. Ale ostatnia grabież Rzymu, tzw. sacco di Roma, nastąpiła na początku XVI wieku, dostatecznie dawno temu, by rzeka corocznie płynącego tu bogactwa mogła się przerodzić w prawdziwe morze. A mury i tak pozostały.

Wydanie: 16/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy