Chuck Norris mojego kręgosłupa

Chuck Norris mojego kręgosłupa

Można odmówić zrobienia prawa jazdy, można nie jeździć rowerem, kontestować samolot, ale własne stopy należy jako tako – jak to się mówi – ogarniać. Z reguły nie myśli się o tym przed trzydziestką. Potem piechurzy, perypatetycy albo ci, którzy dźwigają nieco więcej na krągłych ramionach, zaczynają własne stopy czuć (ach, poeta Jaworski: „Odczuwaliśmy starość”). Higieniści zlecają wtedy masaże, dbaluchy kupują cwane buty. Rozsądni odrzucają co wyższy obcasik, a nawet odbijają na kartkach A4 ślady stóp, żeby sprawdzić, czy są koślawe, czy szpotawe. Zniechęcające nazewnictwo nie powinno nas powstrzymać przed eksplorowaniem tematu. Inaczej czekają nas: ostroga, odciski, szeroka stopa i krzywe paluchy (i tak nas to czeka, ale – anything goes! – próbujemy trochę oszukiwać). Po czterdziestce zbieramy na podologa, bo niestety już wiemy, co to jest podolog, i latem – kiedy się chodzi najwięcej – postanawiamy wreszcie dobrać wkładki (osoby wrażliwe proszone są o porzucenie felietonu w tym miejscu).

A tam już czeka na nas jakaś młoda, sprawna i rezolutna osóbka ze stopami jak marzenie – ma się rozumieć boso – żeby nas poniżyć, przebierając paluszkami, prezentując akrobacje śródstopiem, robiąc z palców przedziwne wachlarze i układy kompletnie dla śmiertelnika nieosiągalne.

W gabinecie pełnym kolczastych piłeczek, kolorowych mat i dziwnych plakatów jest duszno. Wątły wiatraczek najwyraźniej sobie nie radzi. A tu napinka, bo trzeba DOBRZE stanąć. Wszystko na marne – i tak się okaże, że człowiek jest tak nierówny, że stoi w 70% na jednej stopie. Pewnie chodzi w 100% na jednej. Źle, źle, źle – gani pani. Wszystko źle. Źle z siadaniem i źle ze staniem. Źle z chodzeniem i źle ze stąpaniem. Źle z leżeniem i źle z bieganiem. „Do ściany!”, rozkazuje i pokazuje, jak ona przylega. To ja też podchodzę, próbuję przylgnąć, ale między mną a ścianą powstaje niepożądana, świadcząca o błędzie dziura. „Do ściany!”. Rozkaz to rozkaz. Likwiduję dziurę, ale to kosztowne: stres, wysiłek, poty.

Mapa mojej stopy jest skandaliczna. Robię się mała jak kolec na gumowej piłce. Siadam skruszona (źle!). Poprawiam się. Pani bierze w obroty moją stopę, a potem pokazuje ćwiczenia. Stopą drze ekspresyjnie chusteczkę. Ta choreografia wprawia mnie w zakłopotanie. Nie umiem i nie chcę powtarzać tego w domu. W ruch idzie piłka tenisowa i przypominam sobie, że pisał o niej David Foster Wallace. Przypominam sobie, jak łaziłyśmy z koleżankami pod korty, gdzie opaleni bogacze uprawiali swoje bogactwo za pomocą miękkich, szlachetnych dźwięków, jakie wydaje piłeczka w zderzeniu z rakietą tenisową: cik, jok. Czasem jakaś piłeczka wypadła za siatkę, a my tylko na to czekałyśmy. Porywałyśmy piłkę i już nas nie było. Miały ten niepowtarzalny zapach i jaskrawozielony kolor. W PRL królowały tenisowe piłeczki! (obok alfów – przypinek, które dyndały nam przy plecakach). Teraz jednak piłeczka tenisowa miała przestać się kojarzyć z czymś fajnym. „Po powrocie do domu wkładamy piłeczkę pod stopę i robimy sobie masaż, o tak”. Co za przykrość!

Do podologa weszłam, owszem, zaniepokojona, ale pełna (nerwowej) energii. Wyszłam kompletnie rozbita i pokrzywiona, z dziurą za plecami i gumowym dyskiem pod pachą. Na koniec pani spojrzała na mnie surowo i rzekła: „Teraz Iwan”. Poddałam się, bo i tak utraciłam już resztki godności. Grubo ciosana twarz Iwana pojawiła się w drzwiach, a za nią cały Iwan – krzepki facet z łańcuchem na szyi. Coś pomiędzy Chuckiem Norrisem a Stevenem Seagalem, tylko z Rosji. Żegnaj, życie, było nawet fajnie. Poszłam smutno za Iwanem na rzeź. Poprosiłam, żeby był delikatny, bo inaczej szybko wszystko złamie. I Iwan był subtelny jak kaczuszka, podnosił mnie, przerzucał sobie na plecy jak worek z kapustą, wywijał moje kończyny niezgodnie z logiką. Bez komentarza pozostawił ich stan.

Zapłaciłam. „Temu to dobrze”, myślałam. Zdrowy Iwan będzie długo się cieszył swoim sprawnym ciałem, czystymi płucami, różowym żołądkiem. Zeszłam ostrożnie z metalowych schodków i poczułam swojski dym. Pod schodami papierosem zaciągał się Iwan, tak głęboko, z taką przyjemnością, tak namiętnie, że oczy prawie wychodziły mu z orbit. W ręce trzymał dymiącą parząchę. „A! Wcale pan nie jest taki znowu zdrowotny!”, ucieszyłam się. A on uśmiechnął się, ukazując komiksową szczerbę. „A kto tak powiedział? Kto palnął coś takiego?”.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy