Rozumieć Rosję

Nie tak dawno, jak pamiętamy, mieliśmy do czynienia ze zderzeniem pomiędzy panem prezydentem a premierem Tuskiem w sprawie polityki wobec Rosji, kiedy to premier wycofał niezbyt rozsądny protest Polski przeciwko przynależności Rosji do OECD, licząc na korzyści, jakie Polska może osiągnąć z poprawy stosunków między naszymi krajami. Potem zaś pan prezydent tłumaczył telewidzom, że jego niechęć do Rosji Putina bierze się stąd, że jest to kraj niedemokratyczny.
O demokracji w Rosji, a raczej jej braku, czytamy teraz nieustannie, a to w związku z wyborami, w których partia Putina, Jedna Rosja, zdobyła 64% głosów i miażdżącą przewagę w Dumie i aparacie władzy. Piszą o tym z niesmakiem zachodnie agencje, mówi OBWE, które miało nadzorować te wybory, niezadowoleni są też Amerykanie, twierdząc, że wybory rosyjskie były sterowane, państwowe media jawnie wspierały Putina, a prozachodnia opozycja rosyjska, mimo że jej symbolem stał się szachowy arcymistrz Gari Kasparow, nie zbliżyła się nawet do progu wyborczego.
Ciekawe wszak, że po tych wszystkich zastrzeżeniach czytamy jednak, iż mimo licznych uchybień partia Putina i tak osiągnęłaby autentyczny sukces, ponieważ Rosjanie naprawdę poparli swego prezydenta, dając mu coś w rodzaju czeku in blanco na dalsze rządzenie krajem według własnego uznania. Naruszenia zaś demokracji wyborczej przez media – co stwierdziło OBWE – miały miejsce w okresie agitacji przedwyborczej, nie było natomiast żadnego fałszerstwa wyborczego czy „cudu nad urną”. A my tu w Polsce wiemy doskonale, że samo posiadanie mediów czy też manipulowanie mediami wcale nie daje gwarancji wygranych wyborów. Przekonało się o tym PiS, przekonał się też wcześniej SLD.
Pozostaje więc tylko jedna rozsądna rada: postarać się zrozumieć Rosję.
Ale nie jest to u nas takie proste, ponieważ media w Polsce, kraju, który powinien mieć najwięcej własnej, nagromadzonej przez stulecia wiedzy o Rosji, od dłuższego już czasu przyjęły spojrzenie właściwe nie tyle nawet zachodniej optyce historycznej – bo np. Francuzi i Niemcy mają tu wizję całkiem osobną – ile doktrynie amerykańskiej. W myśl tej doktryny zaś demokracją jest system, który pozwala na możliwie najswobodniejsze działanie kapitalistycznych przedsiębiorstw i korporacji i jest najbardziej otwarty na zagraniczną, globalistyczną infiltrację.
Ideałem więc dla Amerykanów – a siłą rzeczy i dla nas – była oczywiście Rosja Jelcyna, szeroko otwarta na Zachód, sprzedająca garściami co się da w ramach prywatyzacji majątku narodowego i całkowicie liberalna w zakresie mediów i życia politycznego, chociaż Jelcyn też potrafił ostrzelać z czołgów nieposłuszny mu parlament. Owocem tej Rosji Jelcyna był zarówno sekretarz okręgowego komsomołu, który w ciągu kilku lat stał się jednym z najbogatszych ludzi na naszym globie, jak i rozbłyskująca milionem neonów Moskwa, najdroższe miasto świata, w którym można kupić z wystawy najwytworniejsze samochody i największe diamenty z dostawą do domu. Rosja, której oligarchowie są w stanie kupować najbardziej tradycyjne brytyjskie drużyny piłkarskie, zamki w Szkocji i gwiazdy w Hollywoodzie i jak w czasach carskich zaludniać hotele i pensjonaty na Lazurowym Wybrzeżu.
Tyle że ta Rosja stała się równocześnie krajem, w którym z braku pieniędzy miesiącami nie wypłacano emerytur, a w wielu zakładach pracy pensję, jeśli ją w ogóle płacono, wypłacano w naturze. A więc w fabryce biustonoszy – biustonoszami, a w fabryce łożysk kulkowych – łożyskami kulkowymi. I niech sobie ludzie radzą z tym, jak potrafią, w końcu nie do takich opresji przywykła już „matuszka Rasija”.
Jeśli więc dzisiaj słyszymy głosy rosyjskich wyborców, to w mniej lub bardziej oględny sposób mówią oni to samo: że wolą pewność pracy i płacy i chleb w każdym sklepie spożywczym niż wzorcową demokrację zachodnią.
A to właśnie w ciągu swoich dwóch kadencji prezydenckich dał im Putin.
Nie mówią jednak także czegoś innego, głębszego i chyba ważniejszego, co także zadecydowało o ich głosach wyborczych. Nie mówią o swojej dumie.
Rosja od końca XVIII w. była zawsze mocarstwem. Tyranią, dyktaturą, co kto chce, ale jednak mocarstwem, „nad którym słońce nigdy nie zachodzi”, jak powiedział mi kiedyś przed laty na Dworcu Białoruskim jakiś podcięty agent. Rosja Jelcyna nie była mocarstwem. Była państwem, które przegrało zimną wojnę i jak każdy przegrany przyjąć musiało reguły gry zwycięzców. Dla nas, w Polsce, załamanie się „bloku wschodniego” oznaczało powrót na europejski Zachód, a więc na miejsce, które tradycyjnie uważaliśmy za swoje. Jaka jest naprawdę ta nasza zachodniość ze sklepem Euroszczotka, z firmami Stasiex i Władex, z naszymi „pubami” z żurkiem i schabowym, a wreszcie z naszym klerykalizmem i nietolerancją obyczajową, to inna sprawa. Ale jesteśmy i chcemy być Zachodem.
Rosja nie chce. Opisuje to wspaniale w licznych swoich publikacjach prof. Andrzej Walicki. Największe umysły Rosji zawsze patrzyły na Zachód z ciekawością i nieufnością zarazem, sądząc, że w ich kraju jest coś, czego Zachodowi brakuje. Jakiś szczególny rodzaj duchowości, łatwo zresztą przemieniający się w mistycyzm, poczucie misji dziejowej, wiara w sens cierpienia. Takim był Lew Tołstoj, takim był wielki poeta rosyjski Aleksander Błok, który pisał o Rosjanach jako o „Scytach”, patrzących nieufnie i przenikliwie na Zachód „swymi wąskimi źrenicami”, takim jest, niedaleko szukając, autor „Archipelagu Gułag” Sołżenicyn, który nie mógł wytrzymać na Zachodzie i wrócił przy pierwszej okazji, zanim jeszcze zabliźniły się ślady po gułagach.
Nasi niemądrzy publicyści zdumiewają się, że zachodnia krytyka ostatnich wyborów spotyka się po stronie rosyjskiej ze wzruszeniem ramion. Ale przecież nie może być inaczej, a dla wielu rosyjskich wyborców jest to zapewne jeszcze jeden dowód, że wybrali słusznie, ponieważ Putin podnosi Rosję z kolan.
To prawda, że odbudowa poczucia siły po przegranej wojnie niesie ze sobą tysiące niebezpieczeństw. Z odbudowy poczucia siły Niemiec po traktacie wersalskim narodziła się przecież III Rzesza. Nie jest też dobrze, że trzecią partią w Rosji jest nacjonalistyczna i czarnosecinna partia Żyrinowskiego. Pokazuje to pokusy, jakie mogą się rodzić w powstającej z kolan Rosji. Ale Putin nie jest Żyrinowskim. Na razie z wielkim wyczuciem uderza on w te klawisze, które dobrze rezonują w społeczeństwie rosyjskim, budząc ufność bez nienawiści, mimo że na zachodniej klawiaturze demokratycznej brzmią one być może nieco fałszywie.
Dla nas, tutaj, w Polsce, zrozumieć Rosję znaczy więc także zrozumieć, że Rosja Putina jest potencjalnie najstabilniejszym, najbardziej przewidywalnym i racjonalnie myślącym wschodnim sąsiadem, jakiego możemy się spodziewać z tej strony. Z pewnością nie jest to zachodnia demokracja i pewnie nigdy nią nie będzie, ponieważ tego nie chce. Chce jednak być stabilnym państwem i mieć poczucie własnej wartości. Ma do tego prawo.

Wydanie: 50/2007

Kategorie: Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy