Kraj trudnych filmów

I znów nasz naród pokazał, że sroce spod ogona nie wypadł. Polacy pobili kolejny rekord Guinnessa. Tym razem w oglądaniu filmów kinowych na okrągło. Pobili, bo w przeciwieństwie do narodowej reprezentacji olimpijskiej nasza załoga była przygotowana wszechstronnie i korzystała z bogatego zaplecza. Klimatyzowanej sali, serwisu kanapkowo-napojowego opracowanego przez profesjonalnego dietetyka. Do tego stała konsultacja medyczna renomowanej kliniki powiązanej z najwyższymi sferami partyjno-państwowymi oraz non stop dyżur psychoterapeuty. Nad doborem repertuaru pracował min. psycholog, który zalecił, aby rozpocząć maraton najnowszymi filmami polskimi, a kończyć amerykańskimi sensacjami, zwłaszcza w wersjach skróconych. Odbiór filmu polskiego, szczególnie festiwalowego, uodparnia na inne jak najlepsza szczepionka. I tak ową wiktorię osiągnęliśmy.

Bój rozpoczęto projekcją „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego. Filmu podrywającego z foteli, wybitnego niewątpliwie, choć paskudnie brzydkiego estetycznie. Ale niezwykle prawdziwego. „Wesele” zdobyło nagrodę specjalną na ostatnim festiwalu filmów polskich w Gdyni. Oprócz laureata, „Pręgów” Magdaleny Piekorz, niedocenionego „Mojego Nikifora”, „Długiego Weekendu”, „Trzeciego”, „Vinci” i paru innych krzepił wiarę w rewitalizację kina polskiego. Ale kina szczególnego.

Niedawno, jako podkomisja sejmowa mozolnie pracująca nad projektami ustaw o kinematografii, zostaliśmy poinformowani, że Komisja Europejska doprecyzowała. I zgodnie z doprecyzowaniem trzeba nam wpisać do artykułu określającego zasady dofinansowania produkcji filmów oraz do zbioru definicji pojęcie filmu trudnego. Otóż wedle standardów unioeuropejskich film trudny to „film, którego treść i forma mają charakter ambitny artystycznie i który ma ograniczone walory komercyjne”. Rzecz jasna, zapis dotyczący dofinansowania błyskawicznie uzupełniliśmy, tu zgoda była pełna. Problem pojawił się, kiedy mieliśmy ustawowo wprowadzić do Polski unioeropejskie pojęcie film trudny. No bo jak ta kalka z angielskiego i francuskiego brzmi po polsku? Film „trudny” budzi od razu pewną niechęć, rezerwę, by nie rzec obrzydzenie. Pozostawiliśmy to na czas przyszły. I po festiwalu polskich filmów problem sam się wyjaśnił.

W Polsce aktualnie nie kręci się filmów wysokobudżetowych, bo nie ma na to pieniędzy. Budżet państwa jest kusy. A nadawcy, dystrybutorzy i wszyscy, którzy film eksploatują, żyją z obrotu filmowymi dziełami, nie chcą płacić na polską produkcję filmową. W efekcie w kraju powstają filmy niskobudżetowe, robione często przez debiutantów, zapaleńców, nierzadko społecznie. Ponieważ jesteśmy krajem obfitym w talenty, zapaleńców – w przeciwieństwie do kapitałów – to zgodnie z prawami dialektyki mnogość produkcji zapaleńcowej przechodzi w jakość. I od lat paru na festiwalach mamy kilka profesjonalnych filmów, w krajach bogatych zwanych studenckimi. Filmów, których treść i forma mają charakter niewątpliwie „ambitny artystycznie” i które mają „ograniczone walory komercyjne”.

I tu jest szansa dla naszej narodowej kinematografii. Mamy talenty, mamy zapał i mamy widzów, którzy wysiedzą na najdłuższych i najtrudniejszych seansach. A dodatkowo wedle norm unioeuropejskich przy produkcji filmu trudnego dofinansowanie państwa może przekroczyć ustawową barierę 50% budżetu. Zatem przyjmijmy, że wszystkie polskie filmy są trudne. I niech się kręci.

Wydanie: 40/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy