Biegun pendolino

Biegun pendolino

„Pozdrawiam z zimnego pendolino”, napisałam i zabrzmiało to jak tekst na pocztówce z Islandii. Trwają w końcu wakacje i wszyscy skądś się pozdrawiają. Ja niestety pozdrawiam z pociągu relacji Wrocław-Warszawa. Jest to edycja pociągu premium, więc mrożą jak nieboskie stworzenia. Elegantki wyciągają z torebek sprytnie zrolowane sweterki, panowie zamawiają herbatę i ogrzewają dłonie. Para unosi się jak duszyczka i pyk! Nie ma. Herbatę ścina mróz. Tylko patrzeć, jak ekipa morsów przebiegnie na golasa przez Wars, a w Częstochowie na stacji wsiądą niedźwiedzie polarne.
Kulę się na siedzeniu i wzrok zakorzeniam na ekranie zawieszonym nad sąsiednim fotelem. Jest tam właśnie wyświetlane pouczenie dla podróżnych, którzy – jak głosi historyjka poparta dziwnymi rysunkami – chcą jechać w ciszy. Nie chcę jechać w ciszy, myślę. Cisza mnie dołuje. Nie po to wchodzę między ludzi, żeby zmarnować cztery godziny i nie dowiedzieć się o nich niczego nowego. – Jeśli ktoś się zapomni (i niegrzecznie coś powie) – przenieś się do strefy ciszy – radzi ekranowy komiks. Jak już mnie pouczono, od razu mam ochotę coś głośno zaśpiewać: „Gdzie strumyk płynie z wolna” albo chociaż „Boże, coś Polskę”. Rozglądam się dookoła. Wszyscy buzie w ciup, angielskie minki, półobrażone twarze. Nosy wysoko zadarte. W gardła napiernicza nawiew. Sterroryzowani! Pani zadzwonił wątły dzwonek, zawstydzona lękliwie coś kliknęła, jakby ją telefon ponaglał na przedstawieniu Lupy w teatrze. W końcu sama wyciszyłam, żeby mnie nie mierzono wzrokiem z odrazą, że się z prowincji urwałam i nie wiem, jak się jedzie pendolino, że 150 zł to jest opłata, proszę pani, za ciszę. Wykształceni ludzie są szczupli, mają w mieszkaniach mało przedmiotów i cenią ciszę, rozumieją, jak wiele jest warta. OK, fajnie, że kibel jest czysty. Co chwilę głośniki mnie informują, że na pokładzie pociągu obecna jest ekipa sprzątająca. Co jakiś czas malowniczy pan w wielkich ogrodniczkach, z pękiem worów wystających z kieszeni, przechodzi przez wagon, strzelając oczami. Zaczynam się go bać. W ogóle czuję się jak w nadętej restauracji na dachu hotelu Monopol, gdzie dostałam krem kalafiorowy z lodami, a na deser jakiś jadalny kwiatek, zapłaciłam fortunę, a wszystko smakowało gorzej niż ryż z jabłkami za 5 zł (do dostania w barze mlecznym Miś). Elegancja-Francja, ale człowiek chciałby się poczuć swobodnie, skarpety wełniane wyjąć z torby i włożyć na zziębnięte stopy. Do syna człowiek chciałby zadzwonić, ale boi się, więc wysyła cichcem wiadomość: „Żyjesz”? (Syn odpisuje cichcem: „Żyję”).

Wreszcie jakiś pan nie wytrzymał i odebrał. A może musiał? Bo wreszcie mogę podsłuchiwać i słyszę, że sprawa jest zawodowa. – My byśmy chętnie jako firma współpracowali, ale widzi pani, pani jest trudno identyfikowalnym podmiotem. No, nie ma pani profilu na Facebooku, a to – przyzna pani – jest dziwne. Nie ma pani nawet strony internetowej. To też niepokoi. Więc nie wiem, jak to jest z tym pani istnieniem. Nie chcielibyśmy wysyłać ofert do osób fikcyjnych, pod które może podszywać się nasza konkurencja. Cóż, internet pokazuje, że nie stoi za panią żadna instytucja. No. Jesteśmy w domu – pomyślałam. Prawdziwy język marketingu w prawdziwym kraju: Polsce. A nie jakiś mroźny abstrakt pendolino. Jakaś cisza zimnego blatu.

Och, żeby tak inni się ośmielili – pomyślałam i na wszelki wypadek sięgnęłam po ołówek. I zdarzyło się! – No, koniec tego oglądania – zaordynowała młoda blondynka, zamykając laptopa swojego chłopaka. – Teraz będziemy czytać. Przeczytasz jedną z tych wspaniałych książek, które uczynią cię mądrym. – Ja już nie mogę być mądrzejszy, bo wtedy… wybuchnę! – odpowiedział. I pół wagonu w śmiech. Chciałabym zhakować system, wyświetlić na ekranach komunikat: Mówić! Nawijać! Stękać, awanturować się, obgadywać, wyznawać miłość, wznosić modły! Rozejrzałam się łakomie: jakaś pani jechała na sesję zdjęciową, na którą się umawiała w szpitalu. Zmartwiona, że jej świeżo wykąpana fryzura sczeźnie przez wilgoć.

Kobitka za mną okazała się straszną marudą i smędziła: „Odbierz mnie, kochanie, no a jak myślisz, jak się jedzie, źle się jedzie, zimno jest”. Koleś z boku nawijał po hiszpańsku. Aż wreszcie sama sięgnęłam po telefon i wszczęłam ploty. Pokładowy automat wyświetlał komiksy o ciszy, ale za późno, życie wzięło górę nad snobizmem kolei. Zaczęło się siusianie, pudrowanie nosa, dopijanie wód. Na horyzoncie majaczyła strzelista, sierpniowa Warszawa.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy