Przeciwko majstrowaniu

Jestem przeciwny majstrowaniu przy konstytucji.
Obojętne, czy robić to chce PiS, czy też Platforma Obywatelska, majstrowanie przy konstytucji uważam za działalność szkodliwą i arogancką. Konstytucja w cywilizowanym kraju powinna być opoką, na której wspiera się państwo, a także mieczem, który wisi nad głowami zapalczywych polityków, wyznaczając nieprzekraczalne granice ich samowoli. Trwała, szanowana ustawa zasadnicza powinna być także gwarancją poczucia bezpieczeństwa, które należy się obywatelom.
Oczywiście konstytucję można i trzeba zmienić, gdy zmienia się ustrój państwa, temu też służyła konstytucja z 1997 r. Ale pomysły z obecną zmianą konstytucji rodzą się z przyczyn małostkowych i w istocie drugorzędnych. Ich zaczynem stały się braki charakterologiczne czy też braki w wychowaniu czołowych polskich polityków prawicy, prezydenta i premiera, którzy nie zdołali w sposób elegancki ustalić wzajemnych stosunków prestiżowych – przeszkoda, którą bez trudu przeskakiwał poprzedni prezydent, Aleksander Kwaśniewski, który również część swojej kadencji urzędował w systemie politycznej kohabitacji z odmienną opcją polityczną.
Zamiar zmiany konstytucji z 1997 r. ma także głębszy, tym razem polityczny i historyczny podtekst. Nie zapominajmy bowiem, że konstytucja ta napisana została przez przedstawicieli dwóch obozów politycznych, których dziełem była bezkrwawa transformacja ustrojowa oparta na porozumieniu. Jej projektodawcami byli ludzie demokratycznej opozycji, reprezentowani wówczas przez Unię Wolności, oraz ludzie reformatorskiej lewicy. Nad konstytucją tą unosi się duch Okrągłego Stołu, który z perspektywy czasu bez wątpienia uznany zostanie za jedno z największych osiągnięć polskiej myśli politycznej XX w. Już zresztą w ten sposób myśli o tym zdarzeniu jednocząca się Europa, której część wzięła z nas przykład. U nas natomiast nawet wzmianka o Okrągłym Stole wywołuje obecnie coraz bardziej złowrogie pomruki po prawej, rządzącej stronie sceny politycznej. Unieważnienie więc tej konstytucji (poza rozmaitymi zmianami, które prawo amerykańskie np. załatwiało stosownymi poprawkami do stale obowiązującej tej samej konstytucji uchwalonej przez Ojców Założycieli) oznaczać ma więc w praktyce usunięcie dokuczliwego kamyka z buta obu formacji prawicowych, przynieść im poczucie satysfakcji i komfortu. Nie od rzeczy będzie też zauważyć, że w tekście tej konstytucji mówi się o sprawiedliwości społecznej i społecznej gospodarce rynkowej, a więc używa się sformułowań, których PO chce się pozbyć, w sposób taktowny i europejski traktuje się tu także kwestie światopoglądowe i religijne, podczas gdy w nowych projektach spodziewać się należy Invocatio Dei.
Na koniec wreszcie warto przypomnieć, że ta konstytucja, z którą zapoznało się całe społeczeństwo (sam korzystam w tej chwili z nadesłanego mi wówczas przez pocztę, jak każdemu obywatelowi, egzemplarza), była przedmiotem ogólnonarodowego referendum i więcej niż połowa obywateli głosowała za jej przyjęciem. Obecne pomysły ze zmianą konstytucji, która nastąpić ma w wyniku partyjno-parlamentarnych machinacji, stają się w tej sytuacji także aktem arogancji wobec woli ogółu wyborców, co staje się niestety coraz częstszą praktyką obecnych rządów.
Nie spodziewam się jednak, aby przytoczone tu oczywiste argumenty miały jakiekolwiek znaczenie i stały się przedmiotem merytorycznej dyskusji. Pomysł ze zmianą konstytucji, proponowaną przez PO, jest pomysłem politycznym, obliczonym na wzmocnienie popularności Platformy. Chodzi tu przede wszystkim o zmniejszenie liczby posłów i senatorów, co opinia przyjmie zapewne z aprobatą, ponieważ społeczna ocena obu tych instytucji jest niska, jeśli nie wręcz negatywna. Mniejszy Sejm i mniejszy Senat uznane zostaną za gest oszczędności, zapowiedź „tańszego państwa”. Podobnie dobre wrażenie sprawić może ograniczenie władzy prezydenckiej, na co pracuje prezydentura Lecha Kaczyńskiego, a także obecne kandydatury na ten urząd, obejmujące osoby, którym społeczeństwo z pewnością nie zamierza powierzyć nadmiernej władzy. Gestem kurtuazji zaś ma być w projekcie Platformy zapewnienie dożywotniego miejsca w Senacie byłym prezydentom i byłym premierom, niezależnie od ich opcji politycznej.
Tyle że gdy spojrzymy na te zamiary bardziej wnikliwie, tkwi w nich także głębszy i godny zastanowienia zamiar. Jest nim, tak czy inaczej, próba rozbicia obecnej klasy politycznej. Dotychczasowy Sejm, składający się z 460 posłów, i 100-osobowy Senat były zarówno nagrodą dla zwycięskich w wyborach partii, jak i sposobem na utrzymanie za państwowe pieniądze licznego zawodowego aparatu partyjnego. Sejm zmniejszony o 100 lub nawet, jak się słyszy, 200 osób i mniejszy Senat obsadzony częściowo przez dożywotnich senatorów ogranicza te możliwości.
Powstaje więc pytanie, czy zamiarem Tuska jest rzeczywiste rozbicie owej partyjno-poselskiej klasy politycznej i zasadnicza reforma parlamentu.
Byłby to zamiar chwalebny, nie znamy jednak niestety żadnych szczegółów ani nawet zapowiedzi. W przeszłości, zwłaszcza w okresie, gdy w Sejmie zasiadała Samoobrona, uważano, że Sejm jest taki, jakie jest wybierające go społeczeństwo, a symbolem tego była posłanka Beger, a także sporo innych osób z trudem podchodzących do egzaminów maturalnych z mandatem poselskim w kieszeni. Nie jest żadną tajemnicą, że taki Sejm złożony z ofiarnych agitatorów partyjnych jest być może odbiciem nastrojów społecznych, ale jest również słabo przygotowany do spełniania swojej głównej funkcji jako ustawodawca. Nie jest przypadkiem, że w krajach o trwałej tradycji parlamentarnej większość składu izb reprezentantów stanowią prawnicy, których liczbę uzupełniają specjaliści z określonych dziedzin oraz nieliczni raczej politycy, reprezentujący ogólną strategię partii politycznych i „dyrygujący ruchem”. U nas jednak wystarczy choćby otrzeć się o pracę komisji sejmowych, aby zauważyć, że o sprawach skomplikowanych i wymagających rzetelnej wiedzy decydują zazwyczaj amatorzy, niemający o nich pojęcia, czego przykładem służyć może wiele dziedzin, w tym znana mi najbliżej i żywo ostatnio dyskutowana dziedzina prawa autorskiego.
Czy konstytucja Platformy, zapowiadając umniejszenie roli Sejmu jako nagrody za wierną służbę, niesie także w sobie choćby zapowiedź przebudowy parlamentu w fachowy i kompetentny instrument stanowienia prawa? Na razie nic o tym nie wiadomo.
Szlachetnie, ale i powierzchownie prezentuje się także pomysł zatrudnienia, za wysoką opłatą, byłych premierów i prezydentów jako senatorów. Przywołuje się przy tym argument, że zapobiegnie to marnowaniu doświadczenia i wiedzy tych osób, które mogą przydać się Polsce. Ale czy nie mieliśmy i nie mamy polityków najwyższego szczebla, którzy znudzili się polityką albo też zdobyli o wiele atrakcyjniejsze zajęcia w biznesie, także międzynarodowym, jak były premier Belka na przykład? Czy niezbędne dla Polski jest doświadczenie premiera Kazimierza Marcinkiewicza dotyczące prowadzenia pierwszej pary poloneza na szkolnych studniówkach?
Oczywiście, że nie brakuje byłych czołowych polityków, których udział w życiu publicznym i parlamentarnym mógłby być korzystny. Tworzenie z tego jednak instytucji typu konstytucyjnego jest nowym parytetem, który wydaje się mocno wątpliwy.
Myślę po prostu, że ci z byłych czołowych polityków, z których współczesna polityka mogłaby mieć jakikolwiek pożytek, dadzą sobie radę sami.

Wydanie: 8/2010

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy