Polski rząd terrorystyczny

Polski rząd terrorystyczny

Rządy potężne i zamożne uprawiają własny państwowy terroryzm. Nie mając odwagi na otwartą wojnę, której prowadzenie ograniczają m.in. „politycznie poprawne” konwencje genewskie i haskie, regulujące zasady ochrony ludności cywilnej, zasady okupacji, prawa jeńców itd., rządy marne i słabe chętnie podłączają się do chałupniczych terrorystów z małą bombą. I załatwiają za nich robotę, rozsiewają strach i podsycają lęki, straszą nierealnymi potwornościami, demolując tkankę zaufania społecznego i zwykłego zdrowego rozsądku. Takim rządem stał się właśnie gabinet Beaty Szydło, cynicznie rozgrywając tragedię manchesterską.

Współczesny terroryzm doby rewolucji cyfrowej uderza w symboliczne cele (czyli przypadkowe osoby, w tym wypadku uczestników koncertu gwiazdy muzycznej popularnej wśród dzieci i młodzieży), a mordując dziesiątki ludzi, liczy na dodatkową falę uderzeniową lęku, który dosięga już nie tylko tysięcy bliskich, znajomych, ale też dziesiątek lub setek milionów ludzi obserwujących relacje medialne, wysłuchujących komentarzy publicystycznych, reagujących na słowa polityków. W jakimś sensie, w powyższym znaczeniu, ten felieton również jest współterrorystyczny. Jednak to, co zrobiła polska premier z trybuny sejmowej, to coś znacznie bardziej przerażającego. Otóż odegrała ona wzorcowo polityczną rolę, jaką w spektaklu zamachu przewiduje scenariusz napisany przez terrorystów. Gdybym nie uważał poprawności politycznej za wartość w relacjach między ludźmi, przywołałbym ulubiony bon mot polskiej prawicy, która z niewiarygodną częstotliwością przywołuje frazę Włodzimierza Iljicza Lenina o pożytecznych idiotach (w tym wypadku idiotce).

Nie zmienia to faktu, że tak skonstruowany atak terrorystyczny jest bombą, która wybucha po wielokroć. Najpierw jako ładunek wybuchowy, a potem jego zmultiplikowane medialnie echo. Nie ma siły rażenia jednego bez drugiego. Tak jak odłamki raziły śmiertelnie ponad 20 osób, a kilkadziesiąt innych raniły, tak teraz oskarżenia polskiej Marine Le Pen ranią na ślepo, bez umiaru i wstydu fałszywie wskazanych winnych – uchodźców. Zabójca z Manchesteru nie był uchodźcą. Podobnie jak zresztą niemal wszyscy autorzy ostatnich podobnych ataków w stylu „samotnych wilków”, do których natychmiast przyznaje się uzurpatorski twór Daesz, udający jakąś światową reprezentację politycznego islamu. Fakty jednak nie mają znaczenia. Ukradł rower, jemu ukradziono? Jest zamieszany w kradzież roweru.

Beata Szydło wygłasza mityczną tyradę o obronie polskich dzieci, tymczasem jej ministrowie od ponad roku nie są w stanie wyjaśnić morderstwa policyjnego w jednym komisariacie. Ta tyrada brzmi nawet nie pusto, ale wręcz jak surrealistyczny odlot. Jest niestety w sianiu irracjonalnych lęków polityczny sens. Kierując ludzki strach na nieistniejące zagrożenie, władza uchyla się od wzięcia odpowiedzialności za to, na co ma rzeczywisty wpływ. Wymachując nam nad głową maczugą fikcyjnego niebezpieczeństwa ze strony uchodźców, nie musi się tłumaczyć ze zbrodni na komisariacie i tego, że jego szef (skądinąd pochodzący z rodzinnej miejscowości posłanki Kempy, szefowej gabinetu pani premier) zamiast ponieść konsekwencje – otrzymał awans. Tuszowanie przez kopa w górę. Cisza zamiast jawności. Stawianie na niewytłumaczalne i karygodne praktyki w miejsce ich piętnowania. Mantra bezpieczeństwa ma zastąpić odwagę przyznania się do niekompetencji i popełnianych błędów. Tym sejmowym przemówieniem Beata Szydło przekroczyła Rubikon własnej niekompetencji. Zakładając oczywiście, że w jej deklaracjach jest cokolwiek autorskiego, czego wcześniej nie autoryzował prezes.

To wszystko ma jeszcze jeden aspekt, nazwijmy go humorystycznie „metafizycznym”. Ten rząd, jak każdy rzecz jasna, buduje swoje propagandowe przesłanie wedle powtarzających się haseł i fraz. Ukochanym sloganem rządu PiS, rządu, którego ministrowie, zdeklarowani katolicy, statystycznie spędzają najwięcej czasu na kolanach (światowy lider klęczenia), jest właśnie hasło wstawania z kolan. Z takim apelem Szydło wyskoczyła do Unii Europejskiej. Jest jakąś głęboką freudowską frajdą, że klęczący na potęgę – wyją o wstawanie z kolan. Apel ten trafi w próżnię. Odpowiedzialny polityk wie, że jest człowiekiem i popełnia błędy; bierze wówczas odpowiedzialność za to, za co odpowiada. Politycy „anielscy”, czyli klęczący, nie popełniają błędów ludzkich, dlatego za nic nie przepraszają, niczego nie reformują, z żadnego błędu się nie wycofują. Trzeba jednak z całą mocą przypomnieć, że ludzie nie są aniołami, a miejsce mózgu jest w czaszce, nie w kolanach. Niestety, okazuje się, że temu klęczącemu rządowi mózg mógł się zsunąć aż do nich. Z tej pozycji świat może się jawić jako naprawdę potworny i przytłaczający. Zatem mózgi w górę!

Wydanie: 22/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy