Prezydent na uchodźstwie, czyli coś z niczego

Prezydent na uchodźstwie, czyli coś z niczego

Ryszard Kalisz, niedawno kandydat na przewodniczącego SLD, przyłączył się do głosów krytykujących urzędującego prezydenta za to, że nie zaszczycił swoją obecnością drugiego pogrzebu inżyniera Ryszarda Kaczorowskiego. Ten pan Kaczorowski, porządny człowiek i zasłużony działacz harcerski, był fantomatycznym „prezydentem RP na uchodźstwie”, o czym nikt w Polsce nie wiedział, dopóki Lech Wałęsa, otumaniony przez braci Kaczyńskich, nie potraktował go jako swego poprzednika na urzędzie. Logicznie i prawniczo rzecz biorąc, uznanie prezydentury na uchodźstwie oznacza delegitymizację realnej władzy krajowej. Wałęsie, jego doradcom i wszystkim partiom solidarnościowym zabrakło jednak determinacji, aby wyciągnąć ten ostateczny wniosek i zgodnie z nim postępować. W rzeczywistości sprowadzenie „prezydenta na uchodźstwie” na inaugurację prezydentury Wałęsy miało na celu poniżenie realnego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. W miarę upływu czasu fantom się powolutku urealniał, a po katastrofie smoleńskiej, po pierwszym pogrzebie w Świątyni Opatrzności Bożej (mniejsza o pomyłkę), w drugim pogrzebie Ryszard Kaczorowski jawi się już jako prawdziwy reprezentant narodu. Gdyby tak nie było, jak mówię, prezydent Komorowski nie stałby się obiektem krytyki za swoją nieobecność na drugim pogrzebie „prezydenta na uchodźstwie” i nie „bolałyby” go oskarżenia, że go tam nie było („Gazeta Wyborcza”).
Władza legalna pochodzi z wyboru – to sakralne założenie demokracji, uznawane za niepodważalne na całym świecie, nawet w ustrojach dyktatorskich.
Kto i jak wybrał pana Ryszarda Kaczorowskiego na prezydenta? Istniał też drugi, równoległy prezydent na uchodźstwie, gdzie się podział, że o nim nic nie słychać? Prezydent na uchodźstwie to widoczny pod elektronicznym mikroskopem relikt rządu londyńskiego czasów wojny. Były wówczas dwa rządy: Sikorskiego-Mikołajczyka w Londynie i Wandy Wasilewskiej w Moskwie (nie przejmujmy się nazwami). Oba były wówczas potrzebne. Legalny będzie ten lub tamten, zależnie od wyniku wojny. Gdyby do Polski wkroczyły wojska aliantów zachodnich, władzę przejąłby rząd londyński. Ponieważ wkroczyła Armia Radziecka, władza przypadła komunistom. W takim biegu zdarzeń nie ma nic niezwykłego, nic wyjątkowego – sama normalność. Nie istnieją suwerenne rządy emigracyjne. Prywatne ośrodki wpływu mogą być bardziej niepodległe w stosunku do władzy kraju goszczącego niż emigracyjne rządy. Zawsze muszę wtrącić coś z historii: środowisko księcia Adama Czartoryskiego, tak zwany Pałac Lambert, było bardziej niezależne od władz francuskich i chociaż nie miało żadnych sił zbrojnych, robiło więcej dla sprawy polskiej niż rząd londyński w czasie drugiej wojny światowej. Z kronikarsko realistycznej powieści Gustawa Flauberta „Szkoła uczuć” dowiedziałem się, że w Paryżu modne były bale filantropijne w Pałacu Lambert. Czy którykolwiek z prezydentów na uchodźstwie, od Raczkiewicza do Kaczorowskiego, był w stanie wydać choćby jeden bal filantropijny?
Gdy pisałem, że w Polsce symbole pożerają rzeczywistość, miałem na uwadze m.in. takich „prezydentów na uchodźstwie” jak nieboszczyk Ryszard Kaczorowski, stawianych w hierarchii bytów politycznych wyżej od prezydentów całkiem realnych, ale z innej partii. Naród, który daje sobie wmówić takie myślenie, będzie oszukiwany także w innych, stokroć ważniejszych sprawach.
Dam jeszcze jeden przykład, jak symboliczne myślenie zniekształca rzeczywistość i do jakich komicznych skutków prowadzi. Po dymisji generała Sosnkowskiego rząd londyński rozważał, kogo mianować na stanowisko naczelnego wodza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wybór padł na Tadeusza Bora-Komorowskiego, bo najbardziej heroiczny. Okoliczność, że siedział on wówczas w obozie jenieckim, w oczach polskich władz na uchodźstwie nie miała znaczenia. Zamiast realnego wodza ustanowiono sobie symbolicznego, starając się nie uwypuklać za bardzo różnicy. Zdarzało się w historii, że naczelni wodzowie dostawali się do niewoli, ale żeby mianować wodzem kogoś, kto już w niewoli się znajduje, to polski patent. Warto jeszcze dodać, że zanim Bór-Komorowski został tym wodzem, rozważano, czy nie postawić go przed sądem wojennym za powstanie warszawskie.
Ryszard Kalisz jest rozumnym i lubianym politykiem. Jego wypowiedź zrobiła wrażenie w kręgach wyborców SLD. To wrażenie jest tego rodzaju, że SLD zapłaci utratą pewnej ilości głosów za poprawność polityczną swojego posła.

Wydanie: 46/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy