Amerykański protektorat nad Wisłą?

Amerykański protektorat nad Wisłą?

Rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych jest wydarzeniem tak dziwnym, że prosty jego opis nie daje nam zrozumienia. Trzeba się posłużyć analogiami, metaforami lub innymi parabolami. Trzeba się niejako oddalić od niepojętego faktu, żeby zobaczyć go w całym rozmiarze. Pewien pan, który mi objaśnia trudniejsze wydarzenia polityczne, tak mówi: Parę lat temu prasa doniosła o zatruciu rzeki, z której wodociągi miejskie pobierały wodę do picia. Szybko okazało się, że do rzeki spłynęły ścieki z pobliskiej oczyszczalni. Jak do tego doszło? Dozorca oczyszczalni zaglądał do zbiornika, a że się za bardzo pochylił, portfel wpadł mu do środka. Miał w nim 30 zł oraz plastikowy kartonik dający prawo do groszowej bonifikaty w supermarkecie. Żeby odzyskać tę stratę, opróżnił zbiornik, spuszczając nieczystości do rzeki. Podobnie postąpili panowie Kaczyńscy i Macierewicz z WSI. Proporcja między tym, co oni chcieli mieć, i tym, co zrobili, jest mniej więcej taka jak między zawartością portfela dozorcy a szkodą spowodowaną przez tego człowieka czynu, gotowego na wszystko, aby odzyskać to, co mu się słusznie należało.
Nie lepsze rozeznanie w sprawie, co jest ważne, a co błahe, co bez znaczenia, a co potwornie kosztowne, mają rektorzy uniwersytetów i innych wyższych uczelni, którzy nakazali w podległych sobie instytucjach szukać tajnych agentów policji politycznej, nieistniejącej od lat siedemnastu. Jeden z rektorów ogłosił, że to szukanie agentów jest „pracą naukową”. Coś tam odkryją, ale za cenę zasmrodzenia i skażenia na wiele lat atmosfery akademickiej. Portfel z zawartością 30 zł musi być jednak odzyskany. Jeśli więc panowie rektorzy śmiejecie się z Kaczyńskich i Macierewicza, to zastanówcie się, czy sami z siebie się nie śmiejecie.

•
Nigdy za bardzo nie wierzyłem w szczerość polskich niepodległościowców. Tak jak hasło „solidarności” od początku oznaczało zanegowanie solidarności narodowej i walkę do utraty przytomności umysłowej Polaków solidarnych z Polakami o odmiennych poglądach, tak też slogany niepodległościowe znaczyły i znaczą poszukiwanie protektora, który by zapewnił Polsce bezkarność w jej propagandowej, a jak się da, to również politycznej wojence z Rosją i Niemcami. Teraz już wyraźnie widać, czym jest „niepodległość” po polsku. Polska przez kilkanaście lat cieszyła się znakomitym położeniem geopolitycznym i obiektywnymi warunkami zapewniającymi niepodległość. Ponieważ jednak tutaj nikomu o rzeczywistą niepodległość nie chodzi, rządy przy pierwszej okazji postarały się podporządkować Polskę życzeniom Stanów Zjednoczonych, bo w nich widzą pana świata i obrońcę wszystkich demokratów. Gdy czynił to rząd lewicowy, wytłumaczenie było proste: przyzwyczaili się w komunizmie do posłuszeństwa wobec Wielkiego Brata i są niezdolni do życia w niepodległości. Ale oto najbardziej niepodległościowa z niepodległościowych antypostkomuna robi to samo i w serwilizmie posuwa się jeszcze dalej.
Można udostępnić swoje terytorium dla baz sojusznika, nawet jeśli w razie konfliktu może to spowodować, że radioaktywne odłamki pocisków atomowych miałyby spaść na nasze terytorium, bo można liczyć, że wojny nie będzie; ale polski rząd stawia dziwne warunki: zgodzimy się na tarczę antyrakietową w Polsce, jeżeli wy, Amerykanie, zapewnicie za pomocą swoich środków militarnych bezpieczeństwo naszemu krajowi. Inaczej mówiąc, damy wam palec, pod warunkiem że chwycicie całą rękę. Znaczy to ni mniej, ni więcej jak to, że rząd polski w zamian za udostępnienie Amerykanom kawałka polskiego terytorium żąda, aby oni zgodzili się uznać Polskę za swój protektorat. Taki rezultat dominacji nieszczerego hasła niepodległości w polskiej myśli politycznej wcale mnie nie dziwi.
Zimna wojna pobudziła wyścig zbrojeń i doprowadziła do takiego poziomu uzbrojenia po obu stronach, że obie superpotęgi doszły do możliwości wielokrotnego, wzajemnego unicestwienia się. Taki stan zapewniał długotrwały spokój. Zimna wojna skończyła się, ale uzbrojenie pozostało, podobnie jak przyzwyczajenie do wyścigu. Świat odetchnął, ale superpotęga amerykańska, jako siła zwycięska, szuka sobie terenów ekspansji, a przede wszystkim powodów zastosowania swojej technologii tu, na ziemskim globie, bo osiągnięcia w kosmosie są zbyt abstrakcyjne i nie przemawiają do demokratycznej wyobraźni.
Jakieś parę lat temu ktoś mi powiedział: Kaczyńscy nie boją się nikogo, tylko Żydów. Skąd wiesz – zapytałem. Bo popadli w panikę, gdy ktoś nawet mało ważny zarzucił im antysemityzm (Michnik ich wtedy bronił). Przypomniało mi się to wczoraj, gdy gazeta podała wiadomość, że ma powstać oś Waszyngton-Warszawa-Tel Awiw. (Krzywa oś, na takiej daleko ani nawet blisko się nie zajedzie). Taka oś z polskiego punktu widzenia nie jest problemem ani geopolitycznym, ani militarnym, lecz psychologicznym.

 

Wydanie: 9/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy