Co jest we wnętrzu baterii

Co jest we wnętrzu baterii

Siedzimy w ogrodzie naświetleni białym winem, kwiatuszki zaczynają emanować aromatem w przyspieszonym tempie – jak to nocą, kiedy pojawia się rosa i wszystko intensywniej pachnie. Trochę kręci mi się w głowie, tracę wątek, myślę już o czymś innym. To jest ten moment, kiedy imprezowicz melancholijnie wstaje od stołu, by wysikać się w krzakach albo popatrzeć, jak samoloty z pobliskiego lotniska wylatują w powietrze. I kiedy tak stoję przy płocie i marzę sobie o baśniowym Detroit, bierze mnie za rękę jakieś fajne bejbi i prowadzi po krzakach w poszukiwaniu ślimaków (połowę rozdeptaliśmy), iglaków (połowy nie zidentyfikowaliśmy), duchów (…), rysunków kolorową kredą (nic, k… nie widać), świetlików (umawiamy się, że tam są). Jest super, jest ciemno, chyba wlazłam w gówno, ale takiego świata nie widziałam od dzieciństwa mojego dziecka i teraz cudze dziecko robi mi świat. Fajnie, że nie wszystkie dzieci podczas imprezy uprzejmie idą szybko spać albo „zajmują się sobą”. Tylko mną.

Nic dziwnego, trochę się boimy tego, co dzieci zobaczą – zwłaszcza na tych transgresyjnych imprezach, które z założenia mają przekroczyć granice ludzkich możliwości. „Marudzą, bo chcą jeść”, „marudzą, bo chcą spać”. Ale przecież my zachowujemy się podobnie. Dzieci na imprezie to zawsze bonus, rozszerzenie rzeczywistości. Zaraz przypominam sobie wszystkie imprezy, na których dostawałam trochę słodkiego likieru na dnie kieliszka – żeby wyjadać go palcem. Te wszystkie zbyt mocno wymalowane ciocie w naszyjnikach ze sztucznych pereł zawsze zostawiały pieczątki ze szminki na cudzych policzkach. W tle grał telewizor, dawali program przyrodniczy o antylopach. I cudze nogi w rajstopach z lajkry, ręce podające sobie koreczki na widelcu lub alkohol co chwilę zasłaniały obrazy biegnących zwierząt.

Pamiętam, że w cudzych domach najbardziej fascynowały mnie łazienki: szczoteczki do zębów, lusterka, tajemnicze tubki i flakoniki, a czasem nawet pędzle do golenia – pękate i śmieszne. Każdy dom ma swój zapach, czasem jest to zapach psa, czasem waniliowego płynu do drewna albo tytoniu, kiszonej kapusty, ludzi, którzy tam mieszkają. Cieszę się, że znów w Polsce zaczęliśmy do siebie przyłazić, może nawet bardziej swobodnie. Mniej krępuje nas nasz zapach, zapach naszych zwierząt, kłębek sierści czy ślad tłuszczu z kiełbaski na lodówce. To chyba jakoś wzruszające, że ktoś nas zaprasza do siebie, wpuszcza tak blisko – to dowód zaufania. Zupełnie inaczej jest w knajpce, gdzie ktoś wiecznie się kręci, wpadają nieznajomi, a my jesteśmy poza kontekstem własnych mieszkań. Jasne, knajpy są miejscami bez pamięci, obciążeń – podobnie jak hotele. Ma to oczywiście swoje zalety. No, ale do knajpy nocą to już rzeczywiście dzieci się nie przyprowadzi. Chociaż zapamiętałam jedną taką nietypową, w jakimś obcym mieście. Do środka można było wchodzić z psami i właśnie mnóstwo psów leżało na ziemi wśród jakichś łupinek, bo akurat ktoś łuskał orzeszki ziemne. Ludzie wpadali tam z dziećmi, matka karmiła noworodka piersią, starsze dzieci dostały szare papierowe obrusy, żeby malować po nich kredkami. Obok siedziało kilku wydziaranych punków, para gejów i jakaś stateczna turecka rodzinka. Wprawdzie działo się to w Berlinie, ale przecież u nas też dzieci śmielej wrzuca się w nurt naszego publicznego, czasem nocnego życia. Lubię patrzeć na rodziców, którzy pozwalają im raczkować w salach muzeów, śmiać się głośno w salach kongresowych, buszować w teatrze.

A imprezy z dziećmi są znacznie ciekawsze. One umieją jeszcze odsłaniać świat, zaglądać do jamek, sprawdzać, co jest we wnętrzu baterii. Mimo że czasem rozmontują jakieś urządzenie, a potem patrzą na nas zakłopotane: ojej, myślisz, że to da się złożyć?

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy