Polska Palikota

Polska Palikota

Kilka dni temu wybuchł skandal z akcją CBA wymierzoną w wiceministra sprawiedliwości Mariana Cichosza, a pośrednio w ministra Ćwiąkalskiego. Przypomnijmy. Okazało się, jak podały „Newsweek” i TVN, że CBA, nie starając się o stosowne zgody prokuratora generalnego, a więc jawnie łamiąc prawo, realizowało prowokację policyjną wobec wiceministra, stosowało podsłuchy itd.
Wszystko to wyszło na jaw dosłownie kilka dni po tym, jak w Sejmie, głosami posłów Platformy, wspieranych stanowiskiem rządu, odrzucono projekt nowelizacji ustawy o CBA złożony jeszcze przez klub LiD. Czego chciała lewica? Niewiele. Aby czynności operacyjne realizowane przez CBA poddać kontroli sądowej, całą zaś działalność tej specsłużby poddać kontroli parlamentu w identycznym stopniu, w jakim poddane są jej inne służby specjalne. Chciano wzmocnić gwarancje praw obywatelskich w zakresie przyjętym w Europie. Tylko tyle. Posłowie Platformy wpadli w histerię. Wbrew elementarnej logice wywodzili, że nowelizacja ma na celu jedynie odwołanie ministra Kamińskiego ze stanowiska szefa CBA. Nowelizacja tymczasem wcale nie odnosiła się do personaliów, szefa CBA nadal mianować miał premier (na ten czas Donald Tusk). Przy okazji padły rozliczne zapewnienia, że premier Tusk darzy pełnym zaufaniem Mariusza Kamińskiego. Co prawda później (ale już po wybuchu afery z ministrem Cichoszem) minister Pitera tłumaczyła w telewizji pokrętnie, że premier Tusk nie ma jednak zaufania do Kamińskiego, ale daje mu tylko kredyt zaufania, a to jednak nie to samo. Wyszło na to, że premier daje to, czego nie ma. Nie pierwszy raz.
Przy okazji warto przypomnieć pewną wypowiedź premiera Tuska z jego wywiadu dla „Rzeczpospolitej”, gdzie powiedział, że CBA jest bardziej ich, to jest PiS, ABW zaś jest nasze. Jakoś ta wypowiedź umknęła dziennikarzom, nie zwrócili też na nią uwagi politycy opozycji. A szkoda. Tą wypowiedzią premier przyznał, że służby specjalne w Polsce nie tylko, że nie są, jak powinny być, apolityczne, ale przeciwnie, służą partiom politycznym. Ten stan rzeczy pan premier zna, akceptuje i nie widzi w tym niczego złego! Ba, dopatrzył się jakichś plusów, jakiejś rzekomej równowagi.
Jak na premiera demokratycznego państwa prawnego (a takim wedle konstytucji jest Rzeczpospolita Polska) nieźle.
W każdym demokratycznym państwie zachodnim taka niefortunna wypowiedź premiera byłaby rozebrana na czynniki pierwsze. Byłby temat dla gazet, przedmiot awantury w parlamencie. U nas nie. Cała Polska zajmuje się tymczasem posłem Palikotem i jego wypowiedzią na temat „politycznego sprostytuowania się” byłej minister, która w telewizji łgała w żywe oczy, manipulując opinią publiczną. Analizy semantyczne wypowiedzi Palikota zajęły stokrotnie więcej uwagi niż wypowiedź premiera akceptująca partyjny podział służb specjalnych.
Dyskusje, czy tym razem Palikot przekroczył miarę, czy jeszcze nie, czy powinien zostać ukarany przez Platformę, a jeśli tak, to w jaki sposób, zapełniły media na kilka dni. Był to podstawowy temat serwisów informacyjnych i programów publicystycznych. Wypowiadali się dziennikarze, politolodzy (ci, co wiedzą jak, ale sami nie potrafią), politycy wszystkich opcji. Nawet zakręcone kurki na gazociągu zeszły na drugi plan, nie mówiąc już o walkach w strefie Gazy. Mnie osobiście znacznie bardziej gorszy bezczelne, dokonane w złej wierze manipulowanie opinią publiczną w wykonaniu posłanki i byłej minister Gęsickiej niż nazwanie jej zachowania przez Palikota „polityczną prostytucją”, ale już to lokuje mnie w mniejszości. Okazuje się, że rzecz nie w tym, co się mówi i po co, ale jak się mówi. A mówić trzeba smacznie – jak Benia Krzyk. Pani Gęsicka łgała gładko i nikt do niej pretensji nie ma. Palikot to łgarstwo nazwał tak, jak nazwał, i wywołał zgorszenie. PiS, to oczywiste. Ale też macierzystej Platformy. Będzie za to ukarany. Hipokryzja Platformy chwilami dorównuje zacietrzewieniu PiS.
Tymczasem na umierającej centrolewicy (czyli na lewo od Platformy) jakieś chwilowe ożywienie. Demokraci i SdPl wreszcie, po miesiącach bezhołowia wybrali nowe władze. W SdPl przewodniczącym został Wojciech Filemonowicz, u Demokratów, co jest pewnym zaskoczeniem, Brygida Kuźniak, która kilkoma głosami wygrała z weteranem Bogdanem Lisem. Zapowiedziano (po raz kolejny zresztą) koalicję tych partii, która ma się stać początkiem nowej centrolewicy. Nie będzie to łatwe. O ile Brygida Kuźniak, niegdyś gorąca zwolenniczka LiD, deklaruje otwartość w budowie silnego, szerokiego frontu łączącego wszystkich na lewo od Platformy, to Wojciech Filemonowicz chciałby centrolewicę budować nie tylko bez SLD, ale wyraźnie przeciw niemu. Trudno więc przewidzieć, na ile będą w stanie się dogadać, a jeśli się dogadają, to która opcja zostanie wybrana. Nie czekając na ewentualne dogadanie się nowych liderów SdPl i PD, kilku panów, którym wyraźnie spieszno do europarlamentu, a do wyborów zostało tylko parę miesięcy, prze do takiej koalicji za wszelką cenę. Obawiam się, że gdyby nawet partie się nie dogadały, to oni sami gotowi są ogłosić, że centrolewica odrodziła się w nich właśnie i w złożonej z ich nazwisk liście. Tyle że wybory kosztują, a pieniądze mają tylko partie. Rozumiem ich niecierpliwość, ale sukcesów nie wróżę. Nie wróżę też sukcesów żadnej z ewentualnych list lewicowych, jeśli będą dwie. Ani liście koalicji centrolewicowej wystawionej przeciw SLD, ani liście SLD wystawionej przeciw SdPl+PD. Pamiętać trzeba, że najsilniejsza (i najbogatsza, co w kontekście wyborów nie jest bez znaczenia!) z partii lewej strony sceny politycznej, czyli SLD, odnotowuje już stale jednocyfrowe tylko poparcie (ostatnio 6-7%), SdPl i PD cieszą się poparciem mniej więcej jednoprocentowym. Nawet gdyby się te partie dogadały, a elektoraty zsumowały, rewolucji na scenie politycznej nie będzie. Nawet poparcie, jakie miał LiD w chwili rozwalenia, będzie nieosiągalne. Potrzebna jest nowa, jeszcze szersza niż LiD formuła. Potrzebny jest rozsądny, alternatywny dla Platformy program, adresowany przede wszystkim do ludzi młodych. Konieczne jest sprawne i rozumne, a przede wszystkim elastyczne działanie na scenie politycznej, przekonujące, że lewica jest naprawdę konstruktywną opozycją, chcącą i umiejącą współdziałać w reformowaniu państwa.
Spór między Wojtkiem a Grzesiem nie jest najistotniejszym sporem, jaki powinien być toczony na lewicy i w centrum. Tak jak nie jest najważniejsze, jak Palikot nazwał postępowanie Gęsickiej. Chyba że zgodzimy się na palikotyzację polskiej polityki, świadomie rezygnując z odróżniania tego, co ważne, od tego, co nieważne.

Wydanie: 3/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy