Franciszkowie wyklęci

Franciszkowie wyklęci

Był sobie ongiś Waldemar Łysiak, który – jak twierdzi – zapoznał Polaków z Napoleonem Bonaparte. Bez niego nic by biedacy o cesarzu nie wiedzieli. Przyjaźnił się też z wieloma wybitnymi Polakami, szczególnie po ich śmierci, kiedy poufałości z nim nie mogli już się wyprzeć. Niedługo dowiemy się, że samodzielnym trudem obalił komunizm. Potem pisać zaczęło Łysiaczątko noszące dumny tytuł szefa działu Historia „Gazety Polskiej”. Jakby tego było mało, w tejże „Gazecie Polskiej”, w dziale historycznym oczywiście, pojawiła się Magdalena Łysiak, która w numerze 9/2018 spisała relację o niejakim wyklętym poruczniku Janie Bogusławie Ziemowicie Leonowiczu, ps. Burta, który walczył z czerwonymi najpierw w okolicach Tomaszowa Lubelskiego, a potem na Warmii, aż do 9 lutego 1951 r., choć po 1946 r. nie wiadomo dokładnie, co tam bohatersko porabiał. Pamiętam doskonale, jak w młodości pękaliśmy ze śmiechu, czytając przewrotne „Opowiadania o Leninie” Michaiła Zoszczenki. O tym, jak to towarzysz Lenin kochał pszczoły, a pszczoły jego, a przyroda przed wielkim wodzem proletariatu w ogóle nie miała tajemnic. Wydawało się, że jesteśmy na szczytach parodystycznej kpiny. Okazuje się jednak, że daleko Zoszczence do Magdaleny Łysiak. Tym dalej, że – państwo zapewne nie uwierzą – ona… pisze serio!

Dowiadujemy się więc, że „zwierzyna w lesie traktowała partyzantów jak swoich, nie uciekała przed nimi. Tam, gdzie obozowali, były żmijowiska, często kiedy rano się budzili, żmije wypełzały z ubrań. Nigdy ich nie zaatakowały”. Jak widać, fauna wyczuła w „Burcie” św. Franciszka. Tyle że są pewne drobne różnice. Błogosławiony Jakub de Voragine, arcybiskup Genui, pisał, że Franciszek zwracał się do wilków per bracie i te żadnej krzywdy mu nie czyniły. Donosił jednak także, że „pewnego razu Franciszek spotkał na swojej drodze trędowatego i choć z natury bardzo się brzydził takimi ludźmi, jednak przypomniawszy sobie głos boży, podbiegł doń i ucałował go”. Leonowicz brzydził się z kolei czerwonymi, ale żadnych podpowiedzi nie słuchał, nie całował ich, tylko traktował z pepeszy, aż tryskały flaki. Wojna domowa była jego żywiołem. Tymczasem „gdy św. Franciszek przybył do miasta Arezzo, rozgorzała tam wojna domowa, a mąż Boży patrząc z zamku na ową ziemię, widział, jak diabły tańczyły tam z radości. Przywołał tedy swego towarzysza imieniem Sylwester i rzekł doń: Idź pod bramę miasta i rozkaż diabłom w imię Boga wszechmogącego, aby stąd odeszły. (…) A wkrótce potem wszyscy obywatele tego miasta wrócili do zgody”.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 14/2018, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 14/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy