Czasy ciemniaków

Czasy ciemniaków

W Białymstoku prezes mówił, myśląc o Brukseli: „Tam jest ta frakcja, która chce z nami walczyć i nawet gdyby się toczyły ciężkie walki na granicach Polski, to oni by przede wszystkim zabiegali o to, żeby w Polsce uznawać, że każdy może sobie określić, czy jest Piotrem, czy Zosią”. Później, na spotkaniu z wyborcami w Bielsku Podlaskim, prezes wrócił do tematu osób transpłciowych. Powiedział: „My jesteśmy na razie krajem normalnym, ale ciągle nam proponują, żebyśmy zostali nienormalnym, żeby na przykład (…) te trzy młode panie, które tam siedzą, nagle ogłosiły, że są mężczyznami”. Sala rechotała, naród pisowski pokładał się ze śmiechu. Z nieszczęśliwych dzieci, które mają wielki dramat, z ich rodzin. Prezes ślinił się przy tym i zerkał filuternie na widownię jak sprośny dziadek na wiejskim przyjęciu, który za dużo wypił. Co się stało z tym inteligentem z Żoliborza? Jaki upadek.

Jednym z objawów starzenia się jest to, że spora część rozmów poświęcona zostaje chorobom. Kingi nie widziałem rok. Pokazuje mi dwie słuchawki prawie niewidoczne na uszach. Aparat słuchowy. Tu też jest postęp. Od razu pocieszam ją swoją zaćmą w lewym oku i biodrem do wymiany. Okazuje się, że znajomy miał niedawno sepsę, cudem z niej wyszedł, a potem wyskoczyło mu „coś” na policzku, mają operować i badać. Pytam z kolei Elżbietę, co słychać. Odpisuje, że ma raka. I 80 lat, wygląda na 60, zachowuje się jak 30-latka. Mówi, że nie zamierza się zamartwiać tym rakiem, tylko cieszyć każdą chwilą. Dzwonię do Zosi i Wiktora Kulerskich, moich dalekich drogich sąsiadów. Wiktor piękny, prawy człowiek, bardzo zasłużony dla opozycji. Też wiele o chorobach, nie mam żadnych szans w licytacji z nim, ma 87 lat. Zamienimy jednak też kilka słów o literaturze. Mówi, że już nie jest w stanie czytać fikcji, tylko dokumenty. To zupełnie jak ja. A najbardziej lubię dzienniki.

Dlatego wracam do dziennika Andrzeja Łapickiego, czytałem go kilka lat temu. Jedyna zaleta mojej nędzniej pamięci, że czytam jak po raz pierwszy. Wiem tylko, że bardzo mi się podobały te dzienniki. Może to była zasługa miejsca, czytałem wysoko w Alpach, w małym drewnianym domku, zaczepionym o zbocze, z widokiem na alpejskie szczyty. A miejsce, w jakim się czyta, ma znaczenie, bo tworzy nastrój. Dlatego czasami powtórna lektura rozczarowuje. Teraz w drewnianym domku nad jeziorem ten dziennik nadal mi się podoba, chociaż aktor zdaje się bardziej narcystyczny niż w Alpach. Ale który artysta taki nie jest, jeśli pisze szczerze. Łapicki opisuje w samozachwycie swoje sukcesy, ale to głównie irytuje ludzi o niskiej samoocenie i innych narcyzów, bo ich umniejsza. Nikt tak nie irytuje narcyza jak inny narcyz. To lata od 1984 do 2005. Jaka szkoda, że nie zaczął pisać wcześniej. Lata 60. i 70. teraz się pięknie patynują. Lata 80. to kocioł, w którym gotuje się wielka zmiana. Ciekawe są dylematy aktora, zwątpienia. Pisze: „Od dwóch dni prześladuje mnie myśl, że granie nie ma przecież żadnego sensu. Że o ile dla młodych ludzi jest to miłe oszukiwanie życia, to dla starych jest haniebne, a co najmniej wstydliwe. (…) Dorabianie teorii o posłannictwie aktorów jest głupie, bo to jest przede wszystkim niewolnictwo. Walka na miny. Jak u Gombrowicza”.

Doszedłem teraz w lekturze do czasu przełomu i początku lat 90. To czas burzliwy, pełen emocji, trwa wielka historyczna zmiana, a wszystkim jakby wyciągnięto spod nóg dywan. Łapicki staje się posłem w pierwszym wolnym Sejmie. Opisuje kłębowisko politycznych konfliktów i sporów. Zapomnieliśmy, jak okropny był wtedy Wałęsa, jego brutalność, autorytarne zapędy. Bracia Kaczyńscy „bez czci i wiary”, jak pisze Łapicki, kręcili się wtedy na jego smyczy. Teraz, przy PiS, to jednak wydaje się poczciwe, wtedy bolało, zdawało się, że marnujemy wolność, która nam spadła z nieba. Łapicki triumfuje, ale idzie za nim cień czasów stalinowskich, był lektorem kronik filmowych, przypominanych teraz jak na złość w telewizji, rozpacza: „Znowu ten głos zza grobu, kiedy już wszyscy zapomnieli. I znowu ten cień na mnie zachodzi”, cytuje Eliota: „Kiedy dojdziesz do celu, po sukcesach, zaszczytach, o jakich marzyłeś, wyjdą ci naprzeciw wszystkie dawne winy”. Często opisuje ludzi i zdarzenia, które teraz zapędziły nas w ciemny kąt. „Endecja ta najczarniejsza podnosi głowę. (…) Idą czasy ciemniaków. (…) Pora umierać. Nie chcę takiej Polski”. Niestety, przewidział przyszłość. To dziennik osobisty, opis polskiej elity kulturalnej, a też niezwykła lekcja historii. Radość i rozpacz odzyskanej wolności.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 29/2022

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy