Torowanie

Józef Piłsudski nazwał kiedyś Polaków narodem idiotów. Wyraził to wprawdzie nieco bardziej pokrętnie, zgodnie ze swoim barokowym stylem, ale myśl była jasna.
Legenda Piłsudskiego znowu rośnie. Sprzyjają temu coroczne uroczyste obchody bitwy warszawskiej, stoczonej w sierpniu 1920 r., której chwała spada na Piłsudskiego, chociaż od dawna, niemal od samego początku, podejmowano próby pozbawienia go tego splendoru. Jedni przypisywali zwycięstwo gen. Rozwadowskiemu, może także Sikorskiemu, inni twierdzili, że polski plan strategiczny był dziełem francuskiej tzw. „misji Weyganda” (w której, nawiasem mówiąc, uczestniczył także młody oficer Charles de Gaulle), jeszcze inni wskazywali od razu na Matkę Boską, którą nad polem bitwy wymalował Wojciech Kossak, a której bezpośrednim wykonawcą na ziemi był ksiądz Skorupka. Ostatnio wreszcie okazało się, że o zwycięstwie nad bolszewikami zadecydowali polscy radiotelegrafiści i szyfranci, którzy złamali kody Trockiego, i Piłsudski grał w pokera, znając dokładnie karty przeciwnika.
Jakikolwiek jednak był wkład Piłsudskiego w bitwę warszawską, jego opinia o Polakach znalazła pełne uznanie u potomnych. Przekonują nas o tym organizatorzy nabierających właśnie rozpędu kampanii wyborczych, zarówno sejmowych, jak i prezydenckich. Ich wspólną opinią jest niezachwiane przekonanie, że zabiegają oto o głosy idiotów, którym należy jedynie pokazać odpowiednio dobraną błyskotkę, aby pobiegli we wskazanym kierunku, nie bardzo wiedząc, dokąd i po co. I im mniej wiedzą, tym lepiej.
Tę opinię potwierdzają badania naukowe, według których Polak wyrabia sobie zdanie o partiach i kandydatach, a także o ich programach, na dwóch głównie podstawach – telewizji i ulicznych billboardów.
Najważniejsza oczywiście jest telewizja, a kogo nie ma w telewizji, ten nie istnieje. Doświadczam tego czasami na własnym przykładzie, kiedy różne osoby witają mnie zdumionym: „to pan jeszcze żyje?”, ponieważ nie ma mnie w telewizji.
Siłę sugestii telewizyjnej najpełniej docenia PiS i Kaczyński, którzy najwcześniej zaczęli emitować reklamy telewizyjne, gdzie filmowany od dołu kandydat prezydencki wygląda na mocarza, PiS także kilkakrotnie już inaugurował swoją kampanię wyborczą i prezydencką, aby za każdym razem dostać się do telewizyjnych wiadomości wieczornych jako „news”. Dobrym chwytem dla idiotów było też umieszczenie w telewizyjnej reklamie PiS Kulczyka jako krwiopijcy zwolnionego z podatków, bo wywołało to skandal, a nic, tak jak skandal nie zdobi wyborczej błyskotki.
Inne partie, pewnie z braku pieniędzy, starają się raczej wejść chyłkiem do telewizyjnych wiadomości, niż produkować własne utwory reklamowe. Prof. Religa więc zamiast reklamy kupił sobie pomalowany na niebiesko autobus, którym jeździ po kraju, gdzie dziwnym trafem spotyka zresztą głównie górali, ale w autobusie tym nie ma sprzętu do szybkich zabiegów kardiologicznych, a więc autobus się opatrzył, zresztą Polska chora jest raczej na głowę niż na serce. Umiejętnie wciska się do wiadomości telewizyjnych Marek Borowski, prezentując się jako luzak, miłośnik lodów i tańców, stojący na czele równie roztańczonej, rozśpiewanej (karaoke, „Borówka da się lubić”), i nie wiadomo dlaczego aż tak wesołej socjaldemokracji. Donald Tusk, podobnie jak PiS, zamierzał nas podbić reklamówką telewizyjną, z której wynikało, że rodzina jest o nim bardzo dobrego zdania, ale okazało się, że to nie on wisiał w stanie wojennym na ścianie wysokościowca, i cała reklama na nic.
Tusk jednak jest za to królem billboardów. Spogląda zewsząd jako „człowiek z zasadami”, chociaż nikt nie pisze jakimi, bo i po co ta wiadomość idiotom? Jego billboardy są za to dwustronne, a więc nie grozi mu to, co w mojej miejscowości spotkało Giertycha seniora, gdzie obok jego podobizny wisi kiść winogron po przecenie. Na billboardach też spotykamy wyraźną rzadkość, jaką jest Henryka Bochniarz, kandydatka demokratów. Na jednym z nich, jako o „mojej kandydatce”, mówi o niej p. Frasyniuk, na drugim p. Mazowiecki. Wynika z tego niezbicie, że pani Bochniarz ma murowane dwa głosy wyborców. Ciekawostką billboardową jest także rozdwojenie jaźni kandydata Kaczyńskiego: na jednym występuje on jako postać marsowa („odwaga i wiarygodność”, czy coś takiego), na drugim zaś jest rozchichotany i otoczony radosną młodą rodziną, z przewagą kobiet, coś w rodzaju „Śniadania na trawie”.
Najsłabszym instrumentem wpływania na wyborców jest, według naukowców, prasa. Aliści co do prasy, wpływa ona nie na wyborców, od których nikt nie wymaga sztuki czytania, lecz na autorów wszelkiego rodzaju wiadomości telewizyjnych, przepisujących z gazet swoje rewelacje. W wydanej niedawno przez wydawnictwo SWPS Academica książce pod dowcipnym tytułem „Demokracja w Polsce” czytamy, że w Ameryce np. manipulatorskim chwytem wyborczym prasy jest tworzenie fikcyjnych problemów, a następnie przymierzanie do nich poszczególnych kandydatów, celem ich wypromowania lub ośmieszenia. Tak więc np. nie jest ważne, co Clinton myśli o systemie oświaty lub ubezpieczeń, ale co wyprawiał z Moniką Lewinsky, i w zależności od tego należy go wybrać, albo nie.
Otóż nasza prasa spełnia tę – zwaną naukowo „torowaniem” – funkcję perfekcyjnie. Nikt nie pyta Kaczyńskiego, co ma zamiar zrobić z bezrobociem, lecz na czym ma polegać jego IV Rzeczpospolita; nikt nie pyta Tuska, jak sprywatyzuje i rozprzeda resztę majątku narodowego, tylko jak mu się wisiało na sznurze, albo jak się czuł na Białorusi, gdzie stare baby klękały na jego widok (jest takie zdjęcie w „NIE”); nikt nie pyta Cimoszewicza, co sądzi o obecnym, skrajnie liberalnym modelu gospodarczym Polski, ale jak wypełniał swoje PIT-y.
Tworzenie tych zastępczych, podchwytywanych przez telewizję problemów, i przymierzanie do nich poszczególnych kandydatów ma zaprowadzić ogłupiałych wyborców do urn w stanie, w którym całkowicie już nie będą wiedzieć na co, i dlaczego głosują. Na bratanków kaczora Donalda? Na PIT-y? Na karaoke? Na niebieski autobus kardiologiczny? Jak to idioci.
Dwie partie w obliczu wyborów zachowują się z umiarem i tajemniczo.
O LPR jej wódz Giertych junior powiedział, że nie będzie organizować wieców, tańców i fikołków, a za to ludzie Ligi, wszechpolacy, chodzić będą po domach. Ciekawe, czy w pełnym rynsztunku, to znaczy z pałami. SLD zaś najwyraźniej „toruje” pod ziemią, bo na powierzchni go nie widać.
I w ten sposób, nieskażeni żadnym istotnym problemem, wyłonimy nowy Sejm i prezydenta, którzy rządzić będą nami przez następne lata.

Wydanie: 34/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy