Autorytet

Autorytet

Pewnie urodziłem się z duchem przekory zamiast porządnej, nieśmiertelnej duszy chrześcijańskiej, bo autorytetów (nie wspominając oczywiście wielkich klasyków zmarłych przed osiągnięciem przeze mnie jakiej takiej sprawności intelektualnej) uznawałem w życiu nader niewielu. Owszem, w poszczególnych dziedzinach moich zainteresowań czy działalności mógłbym wyliczyć co nieco nazwisk. W antropologii kultury choćby Claude’a Levi-Straussa, Rolanda Barthesa, Umberta Eco, Jurija Łotmana, Władimira Toporowa; w historii – Fernanda Braudela, Witolda Kulę, Petera Englunda; w polityce – Vaclava Havla, Bronisława Łagowskiego; w chłonięciu życia – Piotra Skrzyneckiego, Marynę Ochab, Daniela Cohn-Bendita; w piłce nożnej oczywiście niezapomnianego Kazimierza Górskiego. Problem w tym, że przywoływane poprawnie pojęcie autorytetu nie uznaje cząstkowości. Pochodzi z łacińskiego auctoritas, a ono z kolei od wywodzącego się z czasownika augeo i pokrewnego mu rzeczownika auctor: zaopatrzony obficie, wiarygodny, nieustraszony, pełen godności. Słynny Émile Benveniste zapewnia, że derywatem słowa auctor jest przysługujące jeszcze cezarom rzymskim określenie augustus: majestatyczny, wzniosły. Tak wysoko jednak już lepiej nie sięgajmy.

W każdym razie autorytet to człowiek wielkiej wiedzy, szlachetności i odwagi cywilnej. Człowiek w każdych okolicznoś­ciach wiarygodny. Byli takimi dla mnie, zmarli już niestety, Antoni Gołubiew, Aleksander Gieysztor, Marian Przełęcki. Czy widzę kogoś takiego we współczesnej Rzeczypospolitej? Owszem, bez chwili wahania! Karol Modzelewski. Swoją najważniejszą chyba pracę historyczną poświęcił tzw. barbarzyńcom („Barbarzyńska Europa”, 2004), poprzednią chłopom („Chłopi w monarchii wczesnopiastowskiej”, 1987). Jest to w jakiś sposób symptomatyczne. W czasach, kiedy jego polityczni sprzymierzeńcy woleli na ogół przyjmować zasłużone skądinąd hołdy elit i wymieniać z powszechnie uznanymi tuzami żarciki na zachodnioeuropejskim poziomie, on wyczulony był przede wszystkim na głosy „z dołu”. Nie znaczy to, że je podzielał. Ale znał – do jednych podchodził z empatią, drugie odrzucał. Nie dał też się omotać Balcerowiczowskiemu huraliberalizmowi. Nikt mu nie może powiedzieć, że swoją arogancją czy elitaryzmem, które zresztą i dzisiaj są aktualne w opozycyjnych kręgach, napędził trzodę do pisowskiego chlewu. Jego lewicowość polega na szukaniu rozwiązań, które prowadziłyby do choćby minimum konsensusu społecznego bez krzywdy jednak dla pozostających w mniejszości i najbardziej bezbronnych. Tak było zawsze, od chwili, kiedy jako 19-latek wszedł w świat polityki.

Kiedy w 2019 r. czyta się jego napisany wspólnie z Jackiem Kuroniem „List otwarty do partii”, razi naiwność, a czasami nawet marksistowskie doktrynerstwo tekstu. Jacyż mądrzy jesteśmy dziś, bogatsi o 55 lat doświadczeń. Wtedy jednak oceniano „List” jako walkę o alternatywę i demokratyzację kraju. Nie inaczej zinterpretowały go władze i nagrodziły autorów więzieniem.

Tych więzień nagromadziło się później wiele lat. Z jednej strony, zawsze za to samo: marzenie o demokracji i upodmiotowieniu społeczeństwa. Z drugiej – za każdym razem za coś zupełnie innego. Bo przecież świat się zmienia i siłą rzeczy ewoluują przekonania ludzi inteligentnych. „Mądrość etapu” – tak formułował to mój ojciec. Modzelewski nie był nigdy doktrynerem (ani zresztą radykałem, jak to sugeruje Andrzej Friszke). Był poszukiwaczem rozwiązań, za które – jeśli wydawały mu się sprawiedliwe i słuszne – nie uchylał głowy (celowo nie piszę o „nadstawianiu głowy”, bo nikt przytomny nie idzie do więzienia dla przyjemności). I właśnie ta wierność swojemu sumieniu i intelektowi budzi najgłębszy podziw, uwiarygodnia, dowodzi odwagi cywilnej.

Aliści w słowie auctor mieści się także szlachetność. W „Podziękowaniu”, które zamyka „Barbarzyńską Europę”, pisze Modzelewski do swoich przyjaciół zza dawnej żelaznej kurtyny: „Należę do tego pokolenia historyków, które natrafiało na znaczne przeszkody w zawodowych kontaktach z zagranicą. Z przyczyn politycznych, do których sam się przyłożyłem, przeszkód takich spiętrzyło się wiele na mojej drodze”. Ani słowa patosu, do którego miałby pełne prawo, ani cienia zapędów lustratorskich czy chęci rewanżu. Własne zasługi skryte w eufemizmach. Nie uważa, a też miałby do tego prawo, że wolno mu więcej, a innym mniej. To przecież do niczego nie prowadzi.

Po 1989 r. nie staje w stołkowe szranki. Marzyłem wtedy (a co – pomarzyć nie wolno?) o Rzeczypospolitej, w której Aleksander Gieysztor byłby prezydentem albo królem, a Karol Modzelewski – premierem. Tak się nie stało i stać nie mogło również dlatego, że kolejne władze poprowadziły Polskę może nie zawsze w kierunku, o jakim oni z kolei marzyli. Oczywiście mógłby Modzelewski objąć jakieś ministerstwo, być szefem koncernu prasowego, szarą eminencją chociażby. Wolał pozostać sobą. Nie z niewczesnej skromności, ale z wiary w imponderabilia. A może chciał powrotu do pracy naukowej? Taki swoisty Cyncynatus. Tyle że jemu nie wolno zagrzebać się w jakiejś nadtybrzańskiej nieobecności. Zakazane! Cóż bowiem mógłbym zrobić, nie mogąc go odszukać? Kogo przedstawić moim synom, by przekonać ich, że są jeszcze na świecie uczciwość, wiarygodność i bezinteresowność? I że to może najważniejsze, albowiem – jak pisze Modzelewski – „wbrew zapewnieniom Fukuyamy historia wcale się nie skończyła”. A jeśli tak, to w kolejnych próbach jego przykład jak był, tak i będzie bezcenny.

Napisałem ten felieton 25 kwietnia, miałem wysłać do redakcji 5 maja. I nagle ta straszna nowina. Ale nie zmienię ani słowa. Nie mogę się pogodzić z Twoją śmiercią, Karolu.

Wydanie: 20/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

  1. Oli
    Oli 24 maja, 2019, 23:00

    Naprawdę Cohn-Bendit autorytetem w „chłonięciu życia”? To pana też rajcują rozbierające pana (choćby w myślach…) pięcioletnie dziewczynki, panie Stomma?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy