Inwazja władzy a sadzenie drzew

Inwazja władzy a sadzenie drzew

Przyznawanie się do słabości to w naszej kulturze „niemęska” rzecz. Masz być silny, skuteczny, zwycięski, pokonywać przeciwności, zwalczać wrogów, zwyciężać, a hymn nasz narodowy podpowiada, „jak zwyciężać mamy”. Ale czy te walki, które są podręcznikowymi wzorcami, mogą być doprawdy jakimś przykładem dla nas? Naprawdę tamte wojny to wciąż obrazek do naśladowania? Moja słabość to ostatnio całkowite osłabienie i zużycie rozpalonymi emocjami wokół podróży marszałków (byłych i przyszłych byłych), premierów, kast politycznych. Latają, bo mogą, latają, bo tak pieszczą swoje wyposzczone ego, latają, bo im się należy. Więcej, słyszymy, że lecą, a dużo mniej wiemy po co, dlaczego, co takiego robią, kiedy po nocach nie stanowią złych praw. Prawią o wojnach dawnych, wydają pieniądze na wojny przyszłe, w których i tak jesteśmy bez znaczenia. Nie przygotowują nas do starcia realnego, do którego sami się przyczynili i przyczyniają – do starcia z klęską rozgrzanej planety. Kiedy patrzymy na polską politykę, widzimy, jak rozłazi się to wszystko na boki, jak przecieka między palcami, jak usuwa się spod nóg. Jak nic się nie składa w całość, jak znika rozróżnienie na przyczynę i skutek, jak wyparowuje odpowiedzialność za pojedyncze decyzje i skutki tysięcy decyzji. Chwilami, mając pełną świadomość absurdalności takiego myślenia, żywię przekonanie, że robią to umyślnie, że psują z wszystkich stron rybę, od głowy przez płetwy boczne do ogona poprzez każdą łuskę, żeby tylko nie dać rady tego pojąć, zareagować, sprzeciwić się, bo za dużo tego. Takiej zmasowanej inwazji władzy na mnie, czyli na nas, nie pamiętam. Tu nas faszyzmem, tam lekceważeniem całych grup społecznych i ich postulatów, służebnością polityczną prokuratury, niewydolnością służby zdrowia, transferami kasy do swoich, demontażem struktur i instytucji państwa, ciszą nad własnymi aferami. I – co najgorsze – absolutnym milczeniem zbywany jest problem zmian klimatycznych i nie tylko ich skutki (nie tyle bolesne, ile zagrażające naszemu istnieniu), ale apokaliptyczny wymiar. Kiedy cały świat krzyczy w tej sprawie (chyba że płonie Syberia – niech płonie za polskie cierpienie, to nie katedra Notre Dame, nasze dziedzictwo, o które trzeba walczyć ramię w ramię z biskupami nienawistnikami) – to nad wyschniętą Wisłą cisza aż huczy jak huragany, które nie występując wcześniej w tych rejonach ziemi, nadchodzą. Drzewa w miastach idą pod piły i topory. Miejskie przestrzenie oddawane są tym, którzy na nich zarobią bez żadnych warunków. Budujta, co i jak chceta. Bez drzew, bez szkół, bez poradni, bez przedszkoli, bez sklepów (a nie, sklepy będą, wszak to ołtarzyki wszechpanującej religii). I w takich chwilach czytam ze zdumieniem niewartym żadnej czołówki w polskich mediach, że Etiopia jednego dnia posadziła 350 MILIONÓW drzew. Jednego dnia. A wszystko to część planu, żeby zasadzić 4 biliony drzew. Etiopia, o której w polskiej szkole nie dowiemy się niczego, a o wyobrażeniach lepiej zamilczeć. I w takim dniu myślę, że zamiast słuchać polskich bredni o doganianiu i przeganianiu Szwecji, Szwajcarii, Niemiec, chciałbym się poczuć Etiopczykiem. Kiedy w czerwcu brałem udział w jednej z debat zorganizowanego przez Empik festiwalu literackiego Apostrof, którego kuratorką była Olga Tokarczuk, na koniec dostaliśmy zwyczajowy upominek. Tym razem nie był to magnes, lniana torba z wegańskim nadrukiem ani drewniany ołówek. Dostaliśmy coś żywego i prawdziwego – sadzonki buka. Rozdano ich ponad sto i co najmniej kilkadziesiąt osób pochwaliło się, że je zasadziło. Też posadziłem mój buk. Byłem zmotywowany, bo ostatnio wchodząc w 20. rok trzeźwienia, napisałem o tym fakcie w serwisie społecznościowym. Prawie tysiąc osób zareagowało jak na żadną inną superważną informację, tekst, wydarzenie, które udostępniam. I chwilę później spotkałem drzewo, które zasadziłem właśnie w tamtym czasie, a o którym przez te wszystkie lata nie pamiętałem. Kasztanowiec jest już dorodny, parometrowy, stabilny i nawet potężnawy. Bardzo serdecznie z nim się przywitałem. Na taką słabość dobrze się poważyć. Niemal poczułem się Etiopczykiem. A potem dowiedziałem się jeszcze, że na punkcie sadzenia drzew oszalała Islandia i zalesia w ogromnym tempie swoje pustkowia po lasach wyciętych przez Wikingów. Żartują, że aby nie zabłądzić w ich lesie, wystarczy wstać. A w tamtych warunkach drzewa rosną dziesięciokrotnie wolniej niż gdzie indziej. Ale sadzą na potęgę. I to jest myślenie o potędze, które imponuje i którego można pozazdrościć. W tym samym czasie aktywiści i aktywistki „Dzikich Karpat”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2019, 34/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz