Czas kończyć ciuciubabkę

Czas kończyć ciuciubabkę

Biurokracja nie ma serca. Nie ma też wyobraźni. Coraz częściej okazuje się, że nie ma też zbyt wielkiej ochoty na żmudną pracę. Przykład z ostatnich dni. We wrocławskim szpitalu zabrakło leków, bo Ministerstwo Zdrowia nie miało czasu na wydanie przepisów umożliwiających sprowadzenie leku z zagranicy.
Wiceminister bezpośrednio nadzorujący te sprawy wyleciał, a premier poleciał przeprosić rodziny chorych dzieci. Ładny gest, ale niewystarczający. Nie zdejmuje on z szefa rządu odpowiedzialności za dobór najbliższych współpracowników. Zwłaszcza że sprawuje on swój urząd najdłużej spośród wszystkich premierów ostatniej dekady i ma największe z nich uprawnienia. Jak wykorzystuje swoje możliwości najwyższy rangą urzędnik państwa? Czy i jak zarządza państwem? Jak organizuje pracę podległej mu administracji? Czy oceniając jakość rządzenia państwem, możemy pominąć odpowiedzialność premiera za cały pakiet zjawisk kryzysowych? Czy polityk mający elementarne kłopoty z organizacją pracy rządu ma jeszcze czas na kierowanie swoją partią? Czy targany rozlicznymi problemami AWS nie absorbuje premiera Buzka w stopniu ograniczającym mu możliwość sprawowania funkcji rządowych? Nie ja jeden mam wrażenie, że państwo jest kierowane na pół etatu. Wierzę, że premier bardzo się stara i jest pełen dobrej woli. Ale nawet gdyby wszystkie siły poświęcił organizacji pracy rządu, też nie miałby lekkiego życia. A co dopiero, gdy musi sklejać AWS. Tylu zadań nie da się pogodzić.
Konsekwencje tego niby-rządzenia ponosimy wszyscy. Bardzo długa jest lista spraw czekających na decyzje rządu. Czekających bezskutecznie. A przecież życie ciągle przynosi nowe problemy. Któż ma je rozwiązywać? W parlamencie trwa zupełnie już nie skrywana gra o ulokowanie się na posadach po wyborach. Nieznane są nazwiska posłów i senatorów, którzy zamierzają kończyć karierę parlamentarną. Wręcz przeciwnie. Zbiorowo wybierają się do kandydowania. Tak polubili tę pracę, że chcą się dalej męczyć dla naszego dobra. W swoim altruizmie gotowi są zmieniać nazwy partii, głosić programy odnowy, a nawet udawać, że urodzili się ledwo co.
Obserwując te przedwyborcze manewry i harce, myślę, że proces odrywania się elit politycznych od społeczeństwa nie tylko się nie zmniejsza, a wręcz odwrotnie – nabiera przyspieszenia.
Tasowanie kart przez politycznych wyjadaczy i próby wejścia do Sejmu nowym wejściem nie zmylą elektoratu. Ostatnie lata spowodowały taki spadek zaufania społecznego, że wszyscy kandydaci będą oglądani przez lupę i dokładnie oceniani. I każdy z tych, którzy sprawują władzę i zasiadają w parlamencie, będzie pytany o osobistą odpowiedzialność za stan państwa. Czy w żadnym stopniu nie ponosi odpowiedzialności za niską jakość rządzenia, wzrost biurokracji, rozkwit partykularnych interesów, marnowanie energii społecznej?
Bardzo często z trybuny sejmowej padały słowa: “Zostaliśmy wybrani w demokratycznych wyborach i mamy prawo podejmować takie decyzje, jakie chcemy”.
Kierując się tą logiką, odrzucono projekt referendum w sprawie reprywatyzacji. Milionom ludzi pokazano figę. A ci, którzy bez wahania zadecydowali o przekazaniu dziesiątków miliardów złotych małej grupie, mówią teraz: “A co my w tym Sejmie możemy?”.
Wniosek nasuwa się sam. Czas kończyć ciuciubabkę. Pora na przerwę. Na czerwoną kartkę i dla tych w nowym, i dla tych w starym opakowaniu.

e-mail: j.domanski@przeglad-tygodnik.pl

Wydanie: 4/2001

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy