Nie tylko wyścigi rydwanów

Nie tylko wyścigi rydwanów

Mężczyźni, a nawet kobiety, biegają za piłką i próbują nogą lub głową wbić ją do jednej z dwóch bramek na przekór wysiłkom bramkarzy. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi na stadionie i miliony przed telewizorami trzęsą się z emocji, kibicując tej albo tamtej drużynie. Na stadionach i poza nimi wzajemna wrogość kibiców przeradza się czasami w burdy. Absurd, ale wojny są tysiąc razy większym absurdem. Współzawodnictwo sportowe to jakaś forma wojny zastępczej. Dzięki temu wyładowujemy i kanalizujemy nasze plemienne i stadne emocje. To także potrzeba utożsamiania się z czymś o wiele od nas większym. U zwierząt to instynkty stadne, prawa rojów pszczół i mrówek. A my stworzyliśmy na dodatek Boga, naród i tradycję.
Chadzam, chociaż rzadko, na mecze piłkarskie – przede wszystkim jak na widowisko i by podglądać. Nie mogę jakoś utożsamiać się z ludźmi, którzy zachowują się, jakby byli niespełna rozumu. Na Legii, na tzw. Żylecie, obserwowałem tłum, który ryczał, podskakiwał i bił się w piersi jak zbiorowy goryl. Niech mi teraz ktoś powie, że nie jesteśmy blisko spokrewnieni.
Przykuci do telewizorów zapominamy, że w antycznym Rzymie i w Bizancjum zawody rydwanów także oglądały wielkie tłumy. Bywało, że lała się krew. Hipodrom w Bizancjum mógł pomieścić 100 tys. widzów, czyli dwa razy więcej niż nasz Stadion Narodowy. Kibice, jak dzisiaj, przebierali się w barwy klubowe. Za panowania cesarzy bizantyjskich rywalizowały ze sobą liczne drużyny, dominowały cztery kolory: niebiescy, czerwoni, zieloni i biali. Za czasów Justyniana na placu boju zostali tylko niebiescy i zieloni, co określało również poglądy społeczne. Cesarz kibicował niebieskim. Powstanie, które zaczęło się na hipodromie, nazwano potem powstaniem Nika, od okrzyku „Nika!” („Naprzód!”, „Zwyciężaj!”), kierowanego w stronę woźniców rydwanów. Z tym okrzykiem tłum ruszył na pałac władcy, nie przypadkiem przylegający do hipodromu. Justynian ocalił władzę tylko dzięki stanowczości żony. Całe to zdarzenie miało komplikacje i było niezwykłe. Na hipodromie zginęło ponad 30 tys. ludzi.
A na przykładzie emocji piłkarskich można dokonywać ciekawych obserwacji socjologicznych i psychologicznych. Badać stan ducha narodu czy społeczeństwa. Według stereotypu, Polacy to specjaliści od chwiejnych emocji, ale od dobrej organizacji powstań i wygrywania bitew, przegrywania zaś wojen. Malkontenci, łatwo wpadający w entuzjazm, który równie łatwo im gaśnie. Żyjemy jednak w epoce przyspieszenia, więc pewnie i te często celne stereotypy przechodzą do historii.

Na Brzeskiej, na warszawskiej Pradze, fragment miasta nietknięty od początku ubiegłego wieku. Domy bez skóry – nigdy jej nie miały. Jakiś pusty budynek. Przez zamkniętą, nieszczelną bramę czuję wilgotny, ceglany, zimny oddech. Tę woń mam głęboko wpisaną w pamięć, tak pachniały nawet w upał wnętrza ruin z czasów mojego dzieciństwa. Moc pamięci zapachów. Zardzewiała brama z napisem „Bazar Różyckiego”. Tu były skansen prywaty w Polsce Ludowej i „baby bazarowe”. „Warszawka”, która przetrwała wojnę i którą jeszcze pamiętam z Czerniakowa. Tu kupiłem pierwsze w życiu dżinsy, niedostępne gdzie indziej. Wcześniej kupiono mi koszulę non-iron. „Co za nowoczesność, nie trzeba jej prasować”, entuzjazmowała się moja mama, ale nie dawało się w niej chodzić, taka była plastikowa. Na Brzeskiej bywają wycieczki z różnych krajów, jakby turyści zwiedzali fawele w Rio. Drewniany słupek i wyjaśnienie: „Do tego słupa w okresie międzywojennym wiązane były konie”. Proszę, nawet taki słupek może przejść do historii. A niedaleko nowoczesny i ładny Dworzec Wschodni.

Potem jadę na południowe krańce miasta, do Zalesia. Wizyta w domu Józefa Wilkonia, ilustratora, malarza, a ostatnio przede wszystkim rzeźbiarza. Pamiętam, jaki był młody, kiedy bywał w naszym domu ze swoją piękną żoną. Tyle zapomniałem w międzyczasie, a pamiętam, że ich mały synek śmiertelnie bał się mitycznych „wujcików”, co bardzo bawiło mojego ojca. Minęło więcej niż pół wieku. Żona malarza od dawna nie żyje. Chłopczyk, który bał się „wujcików”, po wylewie. Po latach życie jako pole krwawej bitwy. I sztuka, która czyni nas mądrzejszymi i lepszymi, niż jesteśmy.
Złote październikowe słońce towarzyszy nam w ogrodzie, kiedy oglądamy drewniane zwierzęta. Dla mnie najniezwyklejsze są zębate, kolorowe ryby. Pisząc, myślę o tym, co najważniejsze w takich spotkaniach, też w kontakcie międzyludzkim, w przeżyciu sztuki… Tego, co najważniejsze, nie da się przekazać w słowach.

Wydanie: 43/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy