Polityka i kara

Polityka i kara

BEZ UPRZEDZEŃ 

Leszek Miller, pytany w telewizji, czy podtrzymuje swoje dawne poglądy na temat kary śmierci odpowiedział, że przekonań nie zmienił, ale obecnie jest to kwestia politycznie bezprzedmiotowa, ponieważ Polska, starając się o przyjęcie do Unii Europejskiej, musi przystosować się do zasad, jakie tam panują i uchodzą za słuszne. Nie może więc przywrócić u siebie kary śmierci. Z radia doleciała mnie wypowiedź dziennikarki, która stanowisko Leszka Millera uznała za wykrętne, a nawet “obrzydliwe”. W mediach nie ma czasu na argumentowanie, sporne kwestie kwituje się “mocnymi” słowami. Może nie “się”, ale niektórzy i niektóre nie mogą wypowiedzieć opinii bez słownych odpowiedników pałki bejsbolówki. Otóż odpowiedź Leszka Millera wcale nie była wykrętna, przeciwnie, była prosta i uczciwa. A także rozsądna. W obecnym naszym położeniu odpowiedzialny polityk nie będzie forsował kary śmierci, choćby o jej potrzebie był najgłębiej przekonany. Polityka jest dziedziną realizacji lub usiłowań realizacji dobra wspólnego, a nie własnych głębokich przekonań moralnych. Jest sztuką tego, co możliwe, jak słusznie powiedział jeden z mistrzów w tej dziedzinie. Mamy dość kłopotu z wizerunkiem Polski na świecie, nie potrzebna nam opinia kraju zapóźnionego moralnie, przywracającego ar-chaiczne prawo. Ono nie jest archaiczne, ale za takie uchodzi i to jest fakt, z którym trzeba się liczyć. Jeśli chodzi o przywrócenie kary śmierci, powinniśmy dać się wyprzedzić Francji czy Anglii, gdzie takie chęci całkiem nie wygasły. Liczenie się z opinią innych narodów nie może jednak być posunięte aż do zatracania własnych, indywidualnych przekonań i nie można od polskich zwolenników integracji europejskiej żądać przystosowania swoich sumień do poglądów, które zapanowały w Europie, nie wiadomo na jak długo. Osobiście jestem gorliwym zwolennikiem przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, ale nie mam najmniejszej skłonności do przyjmowania za własne różnych idiotyzmów uchwalanych przez parlament europejski czy głoszonych przez europejskie autorytety.
Widzę tu pewien aspekt drażliwy, a mianowicie przyjęcie przez Polskę prymatu prawa międzynarodowego. To jest osiągnięcie obozu posierpniowego, solidarnościowego, charakteryzującego się stadnym myśleniem. Umysłowy kolektywizm tego obozu wykluczał zastanowienie się nad czymkolwiek, co nie było bezpośrednim interesem. Kłócić się, to nie znaczy jeszcze rozważać różne możliwości. Kłótni nie brakowało, ale najważniejsze decyzje podejmowano tam prawie jednomyślnie. Prymat prawa międzynarodowego z równym entuzjazmem przyjęli integracjoniści i niepodległościowcy. Akurat w kwestii kary śmierci na ten prymat można przystać bez zastrzeżeń. Przy obecnej niesprawności policji (ulubione jej zajęcie: poszukiwanie dzieci, które się gdzieś podziały), zwyczajach sądowych i stanie więziennictwa kara śmierci miałaby minimalny lub żaden wpływ na środowisko bandyckie. Poza tym trzeba jeszcze uwzględnić szybko postępującą erozję wszystkich norm cywilizacyjnych, która tak bardzo sprzyja przestępczości, że najsurowsze prawo karne temu nie zaradzi. (Nie jest moją intencją przeciwstawianie się zaostrzeniu kar – zarysowującej się na horyzoncie katastrofie moralnej kiedyś będzie się musiało przeciwdziałać prawem tak opresyjnym, że dziś uchodziłoby ono za tyrańskie.)
Bracia Kaczyńscy głoszą niekiedy słuszne poglądy, ale wielu podejrzewa, że postulat surowego prawa w ich wersji ma drugie, polityczno-patryjne dno. W wypowiedziach publicznych Jarosława Kaczyńskiego można było odnaleźć takie oto rozumowanie: chociaż “Solidarność” miała do czynienia z przeciwnikiem pozbawionym morale, a więc słabym, nie przejęła całości należnej sobie władzy nad państwem, nie rozgromiła “nomenklatury”, “postkomuny”. Nie mogła tego dokonać, ponieważ liberalizowała, rozmiękczała każdy instrument władzy, jaki przejmowała. W ogólnej atmosferze słabej karalności nie można było rozprawić się do końca z przeciwnikami politycznymi. Pewnego generała Kaczyński życzył sobie “skazać na śmierć i wyrok wykonać”, ale tego nie można było zrobić, ponieważ na tle ogólnego “permisywizmu” prawnego taki czyn wyglądałby absurdalnie. A kto robi absurdy, ten sam sobie szkodzi. Rozumowanie Kaczyńskiego było słuszne z socjotechnicznego punktu widzenia, tak jak bywają słuszne nieraz poglądy kawiarnianych polityków. Nawiasem mówiąc, ostatnie dziesięciolecie było niezwykłą szansą dla kawiarnianych polityków i trzeba przyznać, że nie przegapili okazji: wywarli decydujący wpływ na bieg wydarzeń, chociaż nie zawsze zgodnie z życzeniami Kaczyńskiego. Jeżeli on sam nie odegrał roli, do jakiej aspirował, to dlatego, że nie jest politykiem partyjnym: jest politykiem frakcyjnym. Miewa on więcej ciekawych pomysłów niż inni politycy, ale żeby mogły być zrealizowane, ktoś inny, jakaś siła wyższa, musiałaby zmienić warunki ekonomiczne i społeczne, stosunek sił między obozami, nastroje społeczne, no i oczywiście odmienić istniejące stosunki międzynarodowe. Gdyby ta siła wyższa wszystko to zmieniła pod kątem powodzenia pomysłów Jarosława Kaczyńskiego, wówczas błyszczałby nad Polską jako gwiazda pierwszej wielkości.

Wydanie: 13/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy