Euroskleroza?

„Orkiestra odprowadza wojsko tylko do rogatek”, mawiał jeden z moich wujów i miał rację. W okolicach 1 maja, historycznej daty naszego wejścia do Unii Europejskiej, nagromadziło się mnóstwo koncertów, zgromadzeń, akademii, parad, uroczystych sesji i odświętnych dyskusji, na które zaproszenia zalegają moje biurko.
Ale tak będzie tylko do rogatek, to znaczy do momentu, w którym przyjdzie nam zagospodarować jakoś naszą unijną akcesję. Pierwszym krokiem do tego są oczywiście wybory do Parlamentu Europejskiego i mimo że niektóre partie rozpoczęły już swoją kampanię bądź to nabożeństwami, bądź też stosownymi festynami, reszta odbędzie się przy akompaniamencie sporów.
Widać już dosyć wyraźnie główne postawy rysujące się w tej rywalizacji.
Pierwszą jest postawa roszczeniowa, zabarwiona też dość solidnie niechęcią i wrogością wobec Unii jako takiej. Jej wyraziciele rozumują w ten mniej więcej sposób: stało się, w referendum większość społeczeństwa wypowiedziała się za przystąpieniem do Unii i tego nie da się już odwrócić. Ale teraz mamy okazję, aby tej Unii, do której już należymy, nie popuścić. Wyrwać z niej jak najwięcej pieniędzy, ale równocześnie nie pozwolić, aby mieszała się w nasze sprawy ani by uszczknęła choć odrobinę z naszej narodowej dumy. Tę postawę oglądać można u Samoobrony, u Prawa i Sprawiedliwości, a także u części PSL-u, tej, która w zasadzie była przeciwna integracji europejskiej.
To prawda, że integracja unijna powinna nam przynieść wymierne korzyści materialne. Oblicza się, że do 2013 r. Polska zapłaci około 20 mld składek unijnych, ale zyskać może około 50-70 mld na różnego typu inwestycje, jeśli oczywiście będzie potrafiła je zdobyć, przedkładając sensowne projekty do unijnego finansowania i mobilizując własne środki, aby je rozpocząć. Ale tego nie uda się zrobić przy postawie wrogości, uporu i kłótliwości, w której lubują się zwolennicy tej pierwszej postawy.
Drugą postawą jest postawa misyjna. Reprezentują ją głównie partie wyznaniowe, jak Liga Polskich Rodzin, uważając, że rolą Polski w Unii jest ewangelizowanie zachodu Europy i wstrzyknięcie zdrowej polskiej krwi więdnącemu europejskiemu katolicyzmowi. Zabawne, że za tą wersją stanął także nasz rząd, upierając się przy religijnych inwokacjach w preambule do konstytucji europejskiej i nie biorąc pod uwagę dwóch co najmniej okoliczności. Po pierwsze, że już dzisiaj w krajach unijnych żyje kilkunastomilionowa grupa obywateli wyznających islam, po drugie zaś, że strategiczną koncepcją integrującej się Europy jest przyłączenie także muzułmańskiej Turcji, przez którą można znaleźć kontakt z krajami Bliskiego Wschodu i przełamać jednostronny amerykański dyktat w tym regionie.
Trzecią postawą jest wreszcie postawa liberalna, na pozór najbardziej euroentuzjastyczna. Wysłuchałem niedawno na specjalnej sesji zorganizowanej przez Fundację Batorego argumentów głoszonych przez rzeczników tej postawy, której obszar polityczny rozciąga się pomiędzy Platformą Obywatelską a Unią Wolności. Owszem, widzą oni kolosalne możliwości rozwojowe otwierające się przed Polską unijną, pod jednym wszakże warunkiem – że przełamana zostanie „euroskleroza”, która opanowała rzekomo główne kraje unijne, to znaczy Niemcy, Francję, a także Włochy, nie mówiąc już nawet o krajach skandynawskich.
Wyrazem tej „eurosklerozy” jest zarówno, jak ktoś się wyraził, „unieważnianie werdyktów rynku” przez interwencję państwa w gospodarkę, jak też nadmierna opieka społeczna państwa, zbyt rygorystyczne prawodawstwo pracy, chroniące pracowników przed pracodawcami, wreszcie system podatkowy, którego założeniem według rzekomych „eurosklerotyków” powinno być wyrównywanie dysproporcji pomiędzy bogatymi a ubogimi warstwami społeczeństwa. Misją, którą powinni więc spełniać liberalni posłowie w Parlamencie Europejskim, ma być – według dosłownych sformułowań uczestników rzeczonego sympozjum – „zepchnięcie krajów unijnych z pozycji opiekuńczych” i ograniczenie wydatków publicznych.
I tu już jesteśmy naprawdę przy głównym sporze, którego widownią może się stać Parlament Europejski.
Jest to spór pomiędzy liberalną a socjaldemokratyczną wizją obecnej i przyszłej Europy. To znaczy tą wizją, która jako cel stawia sobie możliwie najszybszy wzrost zysków gospodarczych, bez względu na to, jak rozkładają się one w społeczeństwie, tworząc przepastne różnice pomiędzy dobrobytem elit a egzystencją większości, oraz wizją, której kryterium jest jakość życia, mierzona nie tylko pieniędzmi, ale także bezpieczeństwem socjalnym, poziomem oświaty, kultury, umiejętnością współżycia różnych grup etnicznych, których w Europie będzie coraz więcej, zdolnością do bezinteresownej współpracy w społecznościach lokalnych, a także zachowaniem środowiska naturalnego, znajdującego się w coraz wyraźniejszym zagrożeniu. Pierwsza z tych wizji stawia na wolność rynku i jego „niewidzialną rękę” (skąd my to znamy?), druga na interwencję państw unijnych, a także Unii jako całości, w materię życia społeczeństw w duchu sprawiedliwości i równych szans jednostek.
Jest o co się kłócić.
Przed kilkoma laty państwa Unii Europejskiej uchwaliły tak zwaną strategię lizbońską, będącą planem budowy w Europie do roku 2010 „najbardziej nowoczesnej gospodarki świata”, zdolnej skutecznie konkurować zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i Japonią. Liberałowie twierdzą, że powodem, dla którego strategia ta nie rozwija się tak szybko, jak by należało, jest właśnie „euroskleroza”, a więc niechęć do zburzenia tego, co stanowiło największy sukces Europy powojennej – państwa wrażliwego społecznie, przyjaznego obywatelom, gwarantującego bezpieczny rozwój jednostek. Zapominają jednak, że strategia lizbońska stawiała sobie za cel coś więcej niż ściganie się w zyskach. Stawiała na edukację społeczną, rozwój nauki, inwestowanie w najnowsze technologie, walkę z nędzą i bezrobociem. A jak tego dokonać bez interwencji państwa i bez funduszy pochodzących z podatków płaconych przez tych, którzy mają z czego płacić?
W ostatecznym rachunku to, czy Polska, dręczona przez bezrobocie, z zamkniętą drogą awansu społecznego dla młodzieży z warstw pracujących, z niemal połową ludności żyjącą poniżej minimum socjalnego, zyska czy też straci na integracji unijnej, zależy od tego, która z dwóch wizji naszego kontynentu osiągnie przewagę – liberalna, której efekty już znamy, czy też socjaldemokratyczna, której celem są okiełznanie i regulacja rozbuchanego kapitalizmu.
Pierwsze nasze decyzje w tym względzie zapadną już niedługo, w wyborach do europejskiego parlamentu.

 

 

Wydanie: 19/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy