Blask ciemnieje

Blask ciemnieje

Grudzień, polska noc polarna. Depresja zimowa, seasonal affective disorder, SAD, yes I’m so sad, nazwałbym ten smutek nawet rozdzierającym, ale grubej warstwy chmur nic nie rozedrze. Jesteśmy skazani na osiem godzin rozproszonego światła, bo przecież nie słońca, którego strzegą nieprzeniknione kłębowiska szarej pary; ludzie etatów wychodzą do pracy przed świtem i wracają po zmierzchu. Od samego spojrzenia na meteogramy odechciewa się żyć, wyglądają, jakby znudzony dzieciak dostał się do programu graficznego i zamalował wszystkie wykresy jednym kolorem. Nieustannie niski pułap chmur, niski pułap tlenowy, niski pułap umysłu; pull up, pull up! Jestem na kursie kolizyjnym z polskim grudniem.

Śnięty Mikołaj padł. Kolędowe Guantanamo w galeriach handlowych, radiostacjach, radiowęzłach. Dzwonią dzwonki sań na słocie przedśniegowej i błocie pośniegowym, rozbrzmiewają świąteczne evergreeny dla powszednich everymanów, trwa podprogowy drenaż kieszeni, Glenn Miller Orchestra w czerwonych czapeczkach swinguje chałtury po domach kultury, napór christmas mood przekracza stany alarmowe. Politycy w świątecznym nastroju podpinają się pod rocznice rzezi robotników, wyszarpują sobie mowy pogrzebowe, przepychają się, bo nikt nie chce stać tam, gdzie stało ZOMO. Wieńce i wiece, i nigdy więcej (Grudnia); mam objawy choroby wieńcowej. Idą święta pod rękę z inflacją; władza boi się, że wskutek drożyzny straci poparcie, zaleca rodakom przyoszczędzić na nakryciu dla niespodziewanego gościa.

Po poronieniu zmarła w szpitalu w Hajnówce Kurdyjka, matka piątki dzieci, które na pociechę mogą dostać kalendarze adwentowe. Powinny zjeść szybko te czekoladki, cały grudzień słodko przeminie raz-dwa. Dzieci zawracane do lasu nie zdołają otworzyć okienek skostniałymi palcami, a i na kamiennie zmrożonych smakołykach łatwo mleczaki połamać. Przed świtem temperatura odczuwalna minus 15, zabłąkana czterolatka zamarza pod jemiołą nieświadoma nawet, że nigdy nie istniała – wedle władzy została wymyślona przez aktywistów.

Dziennikarze wygłodniali wiedzy zwiedzają strefę graniczną z przewodnikiem: zapraszamy, oto nasz piękny drzewostan, a tu rezerwat torfowiskowy, cenne przyrodniczo tereny, które zdarza się deptać nielegalnym migrantom, sami się pakują w bagno, a potem musimy ich odławiać, proszę spojrzeć, tu są zdjęcia, nasze służby uratowały życie tym wszystkim niedoszłym topielcom, należą się medale za ofiarność i odwagę. Uśmiechnięci strażnicy pozują do zdjęć z dobrze odkarmionymi owczarkami na smyczach.

Rząd stara się nie stracić sejmowej większości, ale idzie mu jak po grudzie(ń). Zawisła na kaprawym indywiduum, dziś jeszcze bez paska na oczach, ale liczę na to, że kiedy ten felieton się ukaże, prokuratura skróci mu nazwisko do jednej litery. Ów domorosły uzdrowiciel zwołuje konferencję prasową, która poziomem cringe’u przebija nawet niesławną ministerialną prezentację z krową, która okazała się klaczą. Przed kamerami kumpel podejrzanego posła wstaje z wózka i dopowiada, że dzięki cudownej terapii odzyskał także władzę w członku, sam podejrzany poseł tłumaczy, że chodzi przede wszystkim o to, by władzy nie stracić. Cuda, cuda ogłaszają, bo przecież nie obostrzenia, od których elektorat mógłby się pokaleczyć – szkoły zostaną zamknięte na okres ferii świątecznych…

Przechorowałem covid pomimo podwójnego szczepienia, z niejaką ulgą, bo choć nie jestem foliarzem, szczeniacki solipsyzm w każdym gdzieś tam się mości i podszeptuje, że co niedoświadczone, nie istnieje. Czwarta fala zmywa do grobu pół tysiąca Polaków dziennie; dni coraz krótsze, światła coraz mniej, niby przesilenie zimowe za pasem, a ja się boję, że może być tak jak w „Koniu turyńskim” Béli Tarra, najbardziej depresyjnym filmie wszech czasów – że 22 grudnia wcale nam się to nie odwróci, dalej noc będzie kradła coraz więcej dnia, aż do pełnej i nieodwołalnej ciemności. I wtedy wszyscy struchlejemy.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 51/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy