Benidorm po polsku

Benidorm po polsku

Zapewne wiedzą Państwo, co to jest Benidorm. Jeśli nie, to przedstawię miasto w Hiszpanii, położone nad brzegiem Morza Śródziemnego. Po Manhattanie i Szanghaju największe na świecie skupisko wieżowców. Kiedy je zobaczyłem, nie chciałem wierzyć własnym oczom. A potem wpadłem w przerażenie. Chodzi wszak o miejsce wypoczynku, kurort nadmorski. Jak można wypoczywać w czymś tak strasznym? Tysiące ludzi mieszkających w ogromnych wieżowcach i chodzących ulicami tunelami, aby znaleźć dla siebie kawałek wolnej przestrzeni na plaży. Gwar i hałas. Samochody i autobusy sunące ulicami jak w Madrycie czy Barcelonie. Galerie handlowe i jarmarczne przybytki rozrywki i konsumpcji. Zero spokoju, zero ciszy. Koszmar. Nigdy nie chciałbym spędzać tutaj wakacji. Niestety, to kolejny kawałek wybrzeża Hiszpanii zepsuty przez żądzę zysku i brak regulacji państwowych. Nieszczęście zaczęło się jeszcze w czasach gen. Franco (ówczesny burmistrz Benidormu był jego przyjacielem i wywalczył prawo do zmiany małego miasteczka w turystyczny moloch). Na szczęście to i owo ocalało. Wciąż można tam znaleźć urocze miejsca i ciche przystanie. Ale trzeba mocno się naszukać.

Podobnie jest na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich, których spora część uległa krajobrazowej degradacji. Takie miejsca jak Maspalomas na Gran Canarii czy Puerto de la Cruz na Teneryfie mogą na zawsze zniechęcić do wizyty na tym wspaniałym archipelagu. Na szczęście i tutaj można znaleźć miłe i ciche miejsca (nie zdradzę, gdzie są). Być może jednak nie byłoby ich, gdyby nie podjęta w pewnym momencie akcja obywatelskiego sprzeciwu wobec niszczenia wysp. Przewodził jej wybitny artysta z Lanzarote César Manrique. To dzięki m.in. jego wysiłkom Lanzarote i Fuerteventurę udało się choć częściowo obronić przed bezpowrotnym zniszczeniem, a niektórym miejscom nadać nawet niepowtarzalny klimat.

Dlaczego jednak o tym piszę? Ano dlatego, że zobaczyłem nowy hotel Gołębiewskiego w Pobierowie. A potem przypomniałem sobie plany stawiania wieżowców przy plaży w Międzyzdrojach. I zadałem sobie pytanie: czy potrafimy uczyć się na błędach innych, czy też nie? I szybko sam sobie odpowiedziałem: nie. Zniszczymy nasze piękne wybrzeże, tak jak Hiszpanie (i Potugalczycy) zniszczyli swoje. I u nas żądza zysku przedsiębiorców oraz brak rozwagi samorządowców doprowadzi do urbanistycznej katastrofy. A właściwie już doprowadził. Nie potrafimy skutecznie bronić naszego wspólnego wielkiego bogactwa: piękna kraju. Zaśmiecamy go, czym tylko się da. Najpiękniejsze przyrodniczo rejony zabudowujemy bez składu i ładu. Nie chronimy krajobrazu. Nie chronimy przyrody. Nie mamy takich obrońców krajobrazu jak César Manrique. A jeśli mamy, to ich głos jest niesłyszalny. Przegrywamy bitwę o przyszłość Polski. Od ponad 20 lat nie utworzyliśmy żadnego nowego parku narodowego, mimo że kandydatów jest co najmniej kilku, w tym niezwykła w skali światowej Kraina Wielkich Jezior Mazurskich.

Nasze niepowodzenia w tej mierze tłumaczone są często negatywną rolą samorządów, które nie chcą zgodzić się na jakiekolwiek formy utraty kontroli nad swoim terytorium. Jestem wielkim zwolennikiem samorządności, ale przecież ma ona także swoje ciemne strony. I nie myślę tu tylko o niemożliwych do ruszenia układach, które wytworzyły się tam, gdzie włodarze miast i gmin rządzą dziesięciolecia (a miejsc takich jest bez liku). Ale także o braku troski o dobro wspólne. A przecież takim dobrem jest polska przyroda i krajobraz. Nawet w krajach tak zdecentralizowanych jak Stany Zjednoczone władze federalne potrafiły zadbać o przyrodę, fundując wiele obszarów chronionych, w tym cudowne parki narodowe, natomiast władze stanowe – prawda, że nie wszystkie – zadbały jeszcze dodatkowo o ład przestrzenny. My tego nie potrafimy. Na szczeblu samorządowym, gdy przychodzi co do czego, z reguły zwyciężają lokalne interesy finansowe (podatki! podatki!) oraz fatalna w skutkach ideologia przedsiębiorczości jako dobra bezproblemowego. Jej odpryskiem jest uległość wobec ludzi, którzy mają duże pieniądze; oni mogą zbudować, co chcą i gdzie chcą, mając w nosie wszelkie ograniczenia, vide historia budowy „zamku” w Stobnicy w Puszczy Noteckiej. Z kolei na szczeblu centralnym objawia się w całej krasie tandetność naszego „państwa z kartonu i sznurka”, które nawet czasami coś by chciało, ale niczego nie może. Nikomu nie zależy na jakiejkolwiek ochronie polskiego krajobrazu. Wiem coś o tym, mieszkając w pięknej krajobrazowo gminie i dodatkowo jeszcze na terenie tzw. parku krajobrazowego. Obie instytucje chronią wszystko, tylko nie krajobraz. I tak oto z kraju, który mógłby uchodzić za enklawę pięknej przyrody i wspaniałego krajobrazu, stajemy się krajem, który powtarza najgorsze błędy innych, trwoni swoje atuty i zamienia się w jeszcze jeden zdegradowany urbanistycznie i przyrodniczo zakątek świata. Szkoda.

Wydanie: 27/2022

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy