Sezon na wodzów

Sezon na wodzów

Jedyne, czego politycy mogą być pewni, to nieubłaganego upływu czasu. I tego również, że wyborcy mają dobrą i długą pamięć. Zwłaszcza co do tego, jakie obietnice i kiedy im złożono. Pytanie o los obietnic dopada polityków szybciej, niż tego oczekują. Piszę o tym a propos mojego ostatniego komentarza „Wiedza zamiast marketingu”, za który zebrałem sporo ciepłych uwag od czytelników, którzy potraktowali go jako pretekst do wylania pretensji, jakie mają wobec partii lewicowych. Widać, że oceny kondycji lewicy są dla wielu tematem równie drażliwym, co bolesnym. A jest o czym pisać, bo końca kryzysu nie widać. Za to podziałów i animozji coraz więcej, bo do starych dochodzą nowe. Zupełnie odwrotnie niż z nowymi pomysłami, które w partiach przyciągają niewielu zainteresowanych. Debaty przenoszą się więc poza partyjne struktury. Z inicjatywy Aleksandra Kwaśniewskiego powstało Centrum Politycznych Analiz, kierowane przez prof. Janusza Reykowskiego. Celem grupy ekspertów skupionych w Centrum jest wypracowanie nowoczesnej, perspektywicznej i opartej na lewicowych wartościach wizji Polski. Kilka tygodni temu w Krakowie z inicjatywy Andrzeja Celińskiego i Jana Widackiego spotkali się uczestnicy bardzo interesującej konferencji „Otwarta Polska”.
Szukając recepty na kryzys, część działaczy lewicowych chce pójść drogą PO i PiS. I oprzeć funkcjonowanie partii na bardzo silnie umocowanym liderze. Wodzowski styl kierowania partiami jest dziś w Polsce modny. Dorabia się do tego jakąś neoideologię. Nowe czasy, zdaniem propagatorów tego myślenia, wymagają od partii dużej skuteczności, a więc zwartości. Partie, jeśli mają osiągać sukcesy, muszą mówić jednym głosem. Bez wzięcia członków na krótką smycz nie będzie sukcesów wyborczych. Pomysły stare jak świat. I po wielokroć skompromitowane. Ćwiczyła takie warianty i lewica. A później powstawały opracowania o epokach „błędów i wypaczeń”. Skąd się więc bierze ta recydywa u młodych aspirantów lewicowych? Z głębokiej niewiedzy i lekceważącego stosunku do wyciągania nauk z historii. Także z historii własnej formacji.
Tak czasem bywa, ale zostawienie tego dalszemu biegowi byłoby dla lewicy samobójcze! Trzeba więc jasno powiedzieć, że taki sposób widzenia polityki w wydaniu lewicowym jest całkowicie bezsensowny. I aż dziw, że się znowu urodził. I to w młodych głowach. Ludzie o ciągotach autorytarnych i totalitarnych, kandydaci na małych i dużych wodzów muszą sobie szukać przestrzeni politycznej gdzie indziej. Ale nie na lewicy. Ilekroć lewica wchodziła na taką drogę, zawsze kończyło się to katastrofą! Dla niej i dla jej wyborców! A tragiczne konsekwencje totalitarnych rządów ponosiły całe narody i państwa. Pamięć o tym musi więc być na stałe wpisana we wszystkie nowe wizje i projekty. Zapędy dyktatorskie, niechęć do uznawania (i praktykowania) demokracji wewnątrzpartyjnej i brak tolerancji wobec odmiennych pomysłów to nic innego jak zaprzeczenie elementarnym kanonom lewicowości. To całkowita odwrotność tego, co jest na sztandarach lewicy. Kiedy lewica cieszyła się zaufaniem społecznym? Kiedy miała autentyczne poparcie? Jeszcze przecież nie tak dawno! Są tacy, co pamiętają. I demokrację wewnątrz partii. I całą grupę liderów środowiskowych. I styl ówczesnych debat. Bez tego trzeba będzie znowu sztandar wyprowadzić. I zaczynać jeszcze raz.

Wydanie: 49/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy